Skandynawia po mojemu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Skandynawia po mojemu
fot. Hallkom, pixabay.com
fot. Hallkom, pixabay.com
Za każdym razem, kiedy słyszę z ust polskich polityków lub (co gorzej) ekspertów tezę o tym, że powinniśmy przyjąć szwedzką strategię walki z pandemią, to nie mogę się nadziwić skąd te osoby, czerpią wiedzę na ten temat.

Zacznijmy od tego, że władze Szwecji już na początku pandemii podjęły polityczną decyzję, że problemem będą zajmowali się eksperci Urzędu Zdrowia Publicznego oraz główny epidemiolog kraju.

Anders Tegnell przyznał w kwietniu, że jego celem nie będzie zahamowanie rozprzestrzeniania się koronawirusa, ale utrzymanie infekcji na takim poziomie, aby nie była zagrożeniem dla systemu opieki zdrowotnej. Ujawniona później przez media korespondencja między urzędnikami Zdrowia Publicznego potwierdziła ostatecznie, że intencją ekspertów było nabycie przez społeczeństwo odporności stadnej.

Upragnionej odporności nie osiągnięto i nie pomogły w tym żadne modele matematyczne ani rzekoma wybitna wiedza skompromitowanych dziś wirusologów. Również parta na dogmacie o wyjątkowości Szwedów teoria, że zachoruje niewiele osób, nie wytrzymała zderzenia z rzeczywistością.

Wielu z Was pomyślało w tej chwili o tym, że przecież Szwedzi poszli jednak va bank. Nie zamknęli gospodarki, a ludzie, mogli żyć tak jakby koronawirus, nie istniał. Czyżby? Porównajmy teraz ze Szwecją sąsiednią Danię, gdzie również rządzą socjaldemokraci.

Mette Frederiksen uznała już w kwietniu, że SARS-CoV-2 stanowi śmiertelne zagrożenie dla całego społeczeństwa. Już od samego początku zdecydowała się podejmować odważne i niepopularne politycznie decyzje. Szybko zamknięto granice oraz zdecydowano o testowaniu jak największej liczby Duńczyków, tak aby móc później, izolować osoby zakażone od zdrowej populacji.

Dzięki podjętym wiosną restrykcjom latem liczba śmiertelnych ofiar COVID-19 w liczącym prawie 6 milionów mieszkańców kraju, była osiem razy mniejsza od tej, odnotowanej w 10-milionowej Szwecji. Również obecnie liczba zgonów jest w Szwecji, pięciokrotnie wyższa niż w Danii.

Również, jeżeli chodzi o sytuację ekonomiczną, objęta od grudnia podobnym do naszego lockdownem Dania, ma lepsze wskaźniki od stawianego za wzór do naśladowania sąsiada.

Częściowe zamrożenie sektora usług, w tym tak ważnej dla duńskiej gospodarki turystyki, nie będzie o wiele bardziej odczuwalne niż w Szwecji, która nie zamknęła, ani granic czy restauracji. Według prognoz ekonomistów w tym roku duńskie PKB zmniejszy się o 4,5 procent. Oznacza to, że spadek będzie mniejszy o 1 procent od oczekiwanego w Szwecji. Już w przyszłym roku prognozuje się, że duńska i szwedzka gospodarka będą rozwijały się w tym samym tempie.

Pomimo braku lockdownów bezrobocie w otwartej na wszystko Szwecji wynosi obecnie 7,7 procent. Natomiast w Danii bez pracy jest 5,8 procent mieszkańców tego kraju. Tego udało się dokonać właśnie dzięki lockdownom i co najważniejsze Duńczykom udało się również uratować więcej istnień ludzkich.

Może gdyby ci wszyscy cwaniacy, którzy powołują się na opinię Tegnella na temat maseczek ochronnych, słuchali lekarzy i zdrowego rozsądku, to tych uratowanych od COVID-19 nieszczęśników mogło być więcej.

Rząd premiera Löfvena nie wymusił na parlamencie uchwalenia prawa pandemicznego. Zrobił to pod presją opozycji. Z nowego prawa bał się będzie korzystać. Ważniejsze są słupki poparcia.

Przykład Danii dowodzi, że prowadzenie odpowiedzialnej polityki i troska o zdrowie i życie obywateli muszą być podstawowymi priorytetami każdego rządu.

Warto zawsze o tym pamiętać.
Foto: HMS Nyköping:Försvarsmakten
Foto: HMS Nyköping:Försvarsmakten
Koalicja socjaldemokratów z Zielonymi, która rządzi obecnie w Szwecji, wychodzi od wielu lat z założenia, że członkostwo w NATO przyniesie krajowi większe szkody wizerunkowe niż militarne korzyści.

- Prowadzimy politykę bealiansowości. Mamy bardzo dobrą i bliską współpracę z NATO i naszym sąsiadem - Finlandią. Te filary naszej polityki powinniśmy wszyscy chronić, a nie nimi grać, powiedziała Linde szwedzkiemu radiu.

Szwedzi już w latach pięćdziesiątych po cichu współpracowali z NATO, świadcząc sojuszowi wiele usług wywiadowczych. Dzięki temu Amerykanie mieli gwarantować Szwecji pomoc, w przypadku agresji ze strony państw Układu Warszawskiego.

Sztokholm mógł dzięki temu spokojnie lansować się na arenie międzynarodowej w roli "jedynego sprawiedliwego" i chętnie angażował się w rozjemcze próby zakończenia konfliktów zbrojnych w różnych częściach świata. Przy okazji, często oferując obu zwaśnionym stronom zakup szwedzkiej broni. Tak jak miało to na przykład miejsce w przypadku wojny między Iranem a Irakiem.

Po zakończeniu „zimnej wojny” Szwecja skoncentrowała swoją uwagę na kraje byłego bloku wschodniego. Tym razem już bez potrzeby markowania swoich prawdziwych intencji. „Szwedzki model” trafił na podatny grunt i przyniósł Szwedom spodziewane zyski.

Sprawa skomplikowała się, kiedy wbrew zapewnieniom Berlina, nowy car Rosji, pokazał swoje neoimperialne oblicze, zajmując część wschodniej Ukrainy.

Rozbrojona w czasach międzynarodowej odwilży Szwecja została zmuszona do szybkiej odbudowy swojej siły odstraszania wschodniego sąsiada. Postawiono na współpracę militarną z Finlandią oraz państwami należącymi do NATO. Szwedzi zdecydowali nawet o zakupie amerykańskiego systemu rakiet typu Patriot. Najbliższy plan modernizacji armii zakłada do 2025 roku wzrost budżetu sił zbrojnych o 32 procent.

Idealnym kolejnym krokiem zabezpieczającym Szwecję przed agresją ze strony Rosji, byłoby członkostwo w NATO tak jak, chce tego opozycja. Socjaldemokraci stawiają jednak na tzw. bezaliansowość, będącą jednym z filarów stosowania miękkiej siły na forum ONZ, gdzie Szwecja odgrywa obecnie ważną rolę w propagowaniu Agendy 2030.

Dlatego członkostwo Szwecji w NATO jest kwestią odległą i wydaje mi się, że należy ją rozpatrywać w kategorii political-fiction.
fot: Przemysław Gołyński (Radio Szczecin)
fot: Przemysław Gołyński (Radio Szczecin)
Odchodzący w niesławie rok, nie oszczędził nikogo. Pandemia koronawirusa tak samo dotkliwie doświadczyła Polaków mieszkających w kraju, jak i tych na emigracji.

Ci ostatni, często nieświadomi tego, co się wokół nich dzieje ufają, że znajdują się w lepszej sytuacji od nas.

Szczególnie dobrze, widać to na przykładzie Szwecji. Do dzisiaj wielu Polaków jest przekonanych o tym, że strategia walki z COVID-19 przyjęta przez szwedzkie władze okazała się dla mieszkańców tego kraju najmniej uciążliwa i pozwoliła przedsiębiorcom, na prowadzenie działalności i zarabianie pieniędzy.

To prawda. Szwecja jest rajem dla ludzi, których jedynym celem w życiu są pieniądze. Dlatego tylko tam, władze zdecydowały o tym, że wojnę z niewidzialnym wrogiem, mogą wygrać jedynie silniejsze jednostki.

Odporność stadna była celem — nie ochrona ludzi starszych i najbardziej narażonych na nieznany patogen. Dla nich zamiast miejsca na OIOM-ie oferowano zastrzyk morfiny. Dla paru tysięcy ludzi, pozostawionych przez swoich najbliższych w domach opieki, oznaczał początek drogi pożegnania z życiem.

Król Karol XVI Gustaw jako głowa państwa przyznał niedawno, że kraj poniósł klęskę w walce z covidem. Na słowa szczerości nie odważył się premier. Rząd bowiem nie jest przecież stworzony do tego, aby walczyć z kryzysami.

Szwedzi gorzko przekonali się o tym już w 2004 roku. Wtedy socjaldemokratyczny rząd Görana Perssona nie potrafił zorganizować szybkiej pomocy dla rodaków - ofiar tsunami w Tajlandii - którzy spędzali tam Święta Bożego Narodzenia. Ylva Johansson, obecna unijna komisarz ds. migracji była wtedy ministrem zdrowia. Pasywność rządu przyczyniła się dwa lata później do wyborczej porażki Socjaldemokratów.

Również kryzys migracyjny z 2015 roku wciąż okazuje się dla Szwecji ponad jej siły, choć rzecz jasna, nikt oficjalnie nie chce się do tego przyznać. Dowodem na to jest wzrost przestępczości, segregacja czy wysokie bezrobocie wśród imigrantów, którzy pięć lat temu, poświęcali swój cały majątek, aby dostać się do Szwecji i złożyć tam wniosek o azyl.

Dwa lata temu pożary lasów były dla Szwedów zbyt trudne do ugaszenia. Na pomoc Szwecji solidarnie wstawiło się wtedy pół Europy. W tym bohaterscy strażacy z Polski. Dopiero po zakończeniu ich misji, Szwedzi z typowym dla siebie narcyzmem przyznali, że Polacy nie tylko doskonale wykonują swój fach, ale do tego jeszcze mówią po angielsku.

Koronawirus jest niestety silniejszy nawet od nadludzi, dla których istnieje wyłącznie rzeczywistość alternatywna nieustannie kreowana przez, wiernych heglowskiej teorii nowoczesnego państwa, utopistów.

Wierzę, że w nadchodzącym roku, uwolnimy się od zagrażającej naszemu życiu i zdrowiu zarazy, czego wszystkim bez wyjątku życzę.
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com
Pamięć ludzka jest krótka. Któż bowiem dziś pamięta o tym, że 35 lat temu szwedzki skoczek narciarski, zrewolucjonizował tę dyscyplinę sportu zimowego? Dokonał tego 19-letni wówczas Jan Boklöv.

Trzeba uczciwie przyznać, że zrobił to przez czysty przypadek.

Szwed odkąd skończył 11 lat, cierpi na padaczkę. Chorobie towarzyszy zaburzenie mowy, czyli jąkanie. Nastolatek, upewniwszy się u lekarzy, czy nie ma przeciwwskazań, postawił na sport. Nieśmiały Boklöv, zapisał się wtedy do rodzimego klubu sportowego Koskullskulle AIF gdzie, rozpoczął swoją przygodę ze skokami.

Sport ten wymaga pełnej koncentracji, dzięki temu podczas treningów czy konkursów, skoczek nie był narażony na ataki epilepsji. Jan Boklöv miał jednak problemy z opanowaniem techniki skoków. Zwłaszcza z utrzymaniem równo nart podczas skakania.

W połowie grudnia 1985 roku na skoczni w Falun podczas konkursu o mistrzostwo kraju Szwed nie potrafił utrzymać nart, które za każdym razem w momencie wyjścia z progu, odbijały się o jego piersi i uniemożliwiały oddawanie dobrych skoków. Młody skoczek nie poddawał się i za wszelką cenę próbował skorygować błąd.

- W pewnym momencie każda z nart, odeszła w swoją stronę, tworząc literę V. Skoczyłem wtedy o 20 metrów dalej. To samo zrobiłem podczas drugiego skoku. Odległość okazała się ta sama, mówi Boklöv.

Tak narodził się sławny styl V, dzięki któremu Szwed zyskał popularność i zaczął wygrywać konkursy. Z tym było na początku ciężko. Wielu skoczków, a przede wszystkim sędziów, uważało styl prezentowany przez Boklöva za herezję. Skoki które, oddawał, imponowały odległością, ale dla większości sympatyków tego sportu, były po prostu brzydkie.

W 1988 roku Szwed po raz pierwszy wygrał konkurs Pucharu Świata na dużej skoczni w Lake Placid. W tym samym roku podczas olimpiady zimowej w Calgary zajął 18 miejsce. Boklöv, wygrał jeszcze 4 konkursy Pucharu Świata, jednak w 1991 roku złamał nogę i nie powrócił już do pełnej dyspozycji. Wynaleziony przez niego styl V był już standardem, kiedy w 1993 roku postanowił zakończyć karierę.

Jan Boklöv nie dorobił się fortuny, uprawiając sport, który kochał. Jak sam mówi, nie robił tego wcale dla pieniędzy. Żartuje, że jest mimo tego najdroższym skoczkiem w historii, bo dzięki jego stylowi, skoki stały się dłuższe i prawie każda skocznia musiała zostać przebudowana.

Sławny szwedzki skoczek, po wielu latach spędzonych w Luksemburgu wraz z żoną i dziećmi, mieszka obecnie w małej miejscowości pod Sztokholmem.
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com
Zrównoważony rozwój, zielona transformacja czy bezemisyjna gospodarka to hasła, które wywołują w większości z nas pozytywne skojarzenia. Któż bowiem nie chce żyć w czystym środowisku?

Jesteśmy również świadomi, że za komfort trzeba zapłacić, choć tak do końca nie wiemy jakie koszty będziemy musieli ponieść i jak szybko uzyskamy, choćby poprawę jakości powietrza.

O tym, że Szwedzi na punkcie ekologii mają bzika, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Ich ambicja w tej kwestii nie jest bynajmniej podyktowana altruizmem. Szwecja jest dzięki swojej kulturze oraz zaradności i pomysłowości obywateli krajem czystym. Zielona transformacja daje dziś możliwość zwiększenia zysku branż, w których Szwedzi są naprawdę najlepsi. Umożliwia również umocnienie swojej marki na rynku globalnym.

Rząd Szwecji przyjął zobowiązanie, że do 2040 roku produkowana energia elektryczna w tym kraju będzie pochodziła w 100 procentach z odnawialnych źródeł energii. Od dwóch dekad, dotowane przez władze centralne media publiczne i komercyjne, implementują w świadomość społeczeństwa przesłanie, że zielona energia to jedyna szansa na lepszą przyszłość. Robią to bardzo efektywnie. Żadna z partii reprezentowanych w Riksdagu nie ma wątpliwości, że cel jest słuszny. Niektóre partie mają może inne sposoby na to w jaki sposób ten ambitny cel osiągnąć, ale to sprawy drugorzędne.

Bezrefleksyjna polityka energetyczna rządu napotyka jednak na nieoczekiwany opór, który co ciekawe jest pozbawiony barw politycznych. Przeciwko budowie lądowych farm wiatrowych protestują niewielkie, zapomniane przez władze centralne, gminy środkowej i północnej Szwecji. Ich mieszkańcom przeszkadza nie tylko szum turbin wiatrowych, ale również na przykład brak możliwości uzyskiwania przychodów z turystyki. Nie wszyscy mieszkańcy małych miejscowości chcą je opuścić i przeprowadzić się do większych miast, choć państwo coraz częściej, stara się ich do tego zmuszać, likwidując szkoły i przedszkola czy też zamykając miejscowe przychodnie zdrowia.

Szwedzkim samorządom udało się zablokować powstanie 400 farm wiatrowych, pomimo pozytywnych decyzji wydanych inwestorom przez sądy ds. Gruntów i ochrony środowiska. Pomogło im w tym weto samorządowe.

Trzy tygodnie temu rząd Szwecji zapowiedział, że najpóźniej do 1 czerwca 2021 roku przygotuje projekt ustawy, która w przyszłości uniemożliwi gminom skorzystanie z tego narzędzia. Antydemokratyczne zapędy władz spotkały się ze sprzeciwem części opozycji. Jednak obecny układ sił w parlamencie oraz nadzwyczaj mocne w Szwecji lobby energetyczne, dają wystarczające argumenty, aby przypuszczać, że oddolne protesty na odległej prowincji przejdą do historii.

Tym bardziej, że u naszych północnych sąsiadów coraz częściej słychać głosy, że demokracja to przeżytek. Signum temporum czy zapowiedź powrotu totalitaryzmu?
Anders Tegnell, źródło: folkhalsomyndigheten.se
Anders Tegnell, źródło: folkhalsomyndigheten.se
Zmęczenie na pokerowej twarzy głównego epidemiologa kraju Andersa Tegnella rzuca się ostatnio w oczy. Jednak cały czas jest on nadal dla przeważającej części Szwedów idolem, alfą i omegą i powodem do narodowej dumy.

Będzie tak, dopóki rząd nie przyzna się, że postawił na niewłaściwego konia. Wzruszenie ramionami to na razie jedyna reakcja, na jaką mogą się zdobyć władze po krytyce ze strony Finlandii, Danii czy Norwegii. Nie pomogą wnikliwe artykuły na łamach uznanych i opiniotwórczych brytyjskich czy amerykańskich dzienników.

Potępienie tzw. szwedzkiej strategii walki z koronawirusem na forum, na przykład ONZ lub Parlamentu Europejskiego, mogłoby zmienić stosunek rządu do Andersa Tegnella i jego luzackiego podejścia do pandemii. No ale wiadomo, Szwedzi to nie nasza opozycja. Nie będą za granicą mówić źle o swoim rządzie, choćby liczba ofiar covidu w Szwecji musiała być liczona w setkach tysięcy.

Tegnell odczuwa jednak oddech swoich mocodawców. Od dłuższego czasu próbuje sygnalizować, że SARS-CoV-2 to zagrożenie, które nie może zaszkodzić aktywnym zawodowo, dbającym o tężyznę fizyczną Szwedom. Główny epidemiolog kraju wielokrotnie dawał do zrozumienia, że gdyby nie imigranci, to rdzenna populacja nabyłaby szybko odporność stadną.

Latem podkreślał, że Szwecja musi być porównywana do takich krajów jak Wielka Brytania czy Belgia, które „również posiadają duże grupy imigrantów". Wiosną, kiedy szybko rosła liczba zgonów wśród pensjonariuszy domów opieki, wskazywał na brak przestrzegania zasad higieny przez personel. Wszyscy w Szwecji wiedzą, że pracują tam przeważnie imigranci, wśród nich wielu Polaków. Tegnell nie mówił wtedy o tym, że dzięki wytycznym Urzędu Zdrowia Publicznego, osobom tam pracującym nie pozwalano używać środków ochrony osobistej.

Trzeciego grudnia Tegnell był gościem publicznej telewizji. Na pytanie dziennikarza, dlaczego w Szwecji liczba ofiar koronawirusa jest o wiele wyższa niż w krajach sąsiednich, epidemiolog wskazał na dwa czynniki. Gęstość zaludnienia oraz imigrantów. „Norwegia i Finlandia to kraje słabo zaludnione, gdzie są małe skupiska imigrantów. W innych krajach to właśnie te grupy przyczyniły się w dużym stopniu do wzrostu infekcji. Dlatego też w tym wymiarze możemy się porównywać bardziej do krajów południa Europy".

Następnego dnia wypowieź eksperta podchwyciły niektóre komercyjne media, zarzucając Tegnellowi niefortunną argumentację. W jego obronę stanęła wówczas epidemiolożka Agnes Wold, ta sama, która wiosną wypowiedziała w telewizji znamienne słowa: „Koronawirus to paragon, ale na szczęście zabija tylko starych ludzi".

Po kilku dniach Tegnell przeprosił za swoje słowa.

Jednak postawa zarówno jego, jak i pani profesor Wold musi przemawiać do nawet tych, którzy wierzą, że rząd Szwecji, obrał swoją strategię walki z koronawirusem tylko po to, aby nie pogwałcić praw obywateli do życia w społeczeństwie otwartym.
Frerdrick Federley źródło: www.facebook.com/FFederley
Frerdrick Federley źródło: www.facebook.com/FFederley
Fredrick Federley, to nie byle jakiś tam trzeciorzędny eurodeputowany. Mowa o wiceprzewodniczącym partii Centrum, która cieszy się poparciem 8 procent Szwedów. Jest również zastępcą szefa trzeciego co do wielkości ugrupowania w Parlamencie Europejskim „Odnówmy Europę”, zrzeszającego progresywnych liberałów.

Urodzony w 1978 roku Federley swoją polityczną karierę rozpoczął w młodzieżówce agrarnej partii Centrum, takiego szwedzkiego odpowiednika polskiego PSL. W 2002 roku, kiedy został jej przewodniczącym, rozpoczął wraz z obecną szefową tej partii Annie Lööf udaną próbę jej przekształcenia w nowoczesną liberalną partię.

W 2006 roku Federley został wybrany posłem do Riskdagu. Swoją medialną popularność zdobył, cztery lata później, kiedy ogłosił się Ursulą af Drakbane, pierwszą Drag Queen szwedzkiego parlamentu.

Stał się wtedy dla wielu swoich rodaków uosobieniem systemu wartości, dla których niektórzy Szwedzi wolą w ogródku wywiesić tęczową flagę zamiast tej w narodowych barwach. Federley został pupilem kolorowych magazynów i plotkarskich portali. Dzięki czemu w 2014 roku łatwo zdobył mandat eurodeputowanego.

Tydzień temu polityk poinformował na Facebooku, że źle się czuje i musi odpocząć od polityki. Do końca stycznia będzie przebywał na zwolnieniu lekarskim. Federley napisał, że powodem jego złego samopoczucia są medialne doniesienia o tym, że od kilku miesięcy jego życiowym partnerem jest skazany za pedofilię 42-letni Szwed. Polityk przyznał, że są one prawdziwe i tym samym, że mieszka w domu ze zwyrodnialcem, skazanym między innymi za 22 brutalne gwałty na mających 6 i 9 lat córkach jego byłej konkubiny.

Jeszcze 27 czerwca europoseł protestował na Facebooku, przeciwko jeżdżącej po ulicach Warszawy ciężarówce z hasłem „Stop pedofilii” sugerującym związek z tzw. Lobby LGBT.

Pomimo skandalu, Fredrick Federley nie zrzekł się mandatu europosła ani nie zrezygnował z funkcji w partii Centrum. Wziął po prostu L4 do końca stycznia. Jego fani pocieszali go na Facebooku wpisami o tym, że miłość jest ślepa lub że również kobiety wiążą się często z przestępcami.

Media publiczne w Szwecji jeszcze do wczoraj nie podawały szczegółów powodu zawieszenia działalności przez Federley’a. To szczególnie znamienne, że to właśnie radio i telewizja, piętnujące do tej pory nawet najdrobniejsze przypadki niewłaściwych zachowań osób publicznych, postanowiły milczeć.

Te same publiczne media rok temu nie miały najmniejszych oporów, aby opisywać romans lokalnej polityk partii Socjaldemokratycznej Niny Burchardt z deputowanym prawicowej partii Szwedzkich Demokratów. Wielokrotnie podkreślano wtedy, słowami jej partyjnych kolegów, że zrobiła coś niegodnego.

Burchadt zmuszono ostatecznie do opuszczenia partii.
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com
Kiedy rządy Polski i Węgier zagroziły, że zablokują budżet unijny ze względu na mechanizm praworządności, w Szwecji po raz kolejny pojawiły się w mediach głosy o potrzebie pozbycia się z Unii niewygodnych partnerów.

Premier Löfven parę dni temu stanowczo potwierdził, że Szwecja razem z 24 innymi krajami członkowskimi nie cofnie się ani o krok z wynegocjowanego wcześniej projektu unijnego budżetu oraz funduszu odbudowy.

Dlaczego Morawiecki i Orban, nie zgadzają się na wprowadzenie mechanizmu, dzięki któremu ktoś miałby według niejasnych kryteriów decydować czy w Polsce i na Węgrzech przestrzegana jest praworządność, o tym nikt nie chce Szwedom opowiedzieć. Chętnie za to pisze się, że w tych krajach panuje zamordyzm, ciemnota i wszechogarniająca korupcja. Zupełnie tak jakby w Europie Wschodniej czas się zatrzymał.

Dla dużej części społeczeństwa o mentalności teletubisiów wydaje się to zupełnie prawdopodobne. Dodajmy, że kiedy w Polsce rządziła inna opcja polityczna, przeciętny Svensson patrzył podobnie na sąsiadów po drugiej stronie Bałtyku. Teraz kiedy "polscy nacjonaliści" obsadzają z politycznego klucza sędziów i odmawiają kobietom prawa do aborcji na życzenie, jasne staje się, że Polacy powinni zapomnieć o budowie kolejnych kilometrów autostrad za nie swoje pieniądze. Grożenie wetem tratowane jest jak bezczelność ze strony buńczucznych Polaków.

Kiedy jednak unijne dyrektywy, zagrażają szwedzkiemu porządkowi prawnemu mowa, jest o niedopuszczalnej i daleko idącej ingerencji w kwestie niepowiązane z unijnymi traktatami. Jednym z takich przykładów jest przyjęcie pod koniec października przez Komisję Europejską projektu o płacy minimalnej.

- Jestem przeciwna próbie mieszania się Brukseli w proces ustalania wynagrodzeń. Ten obszar należy do kompetencji państw członkowskich, powiedziała szwedzka minister pracy, Eva Nordmark.

W Szwecji wysokość płac jest efektem umów zbiorowych między pracodawcami a związkami zawodowymi, bez udziału ze strony rządu. Te kształtują się na satysfakcjonującym obie strony poziomie. Ustalenie płacy minimalnej w Szwecji oznaczałoby zerwanie z tą tradycją sięgającą lat 30. XX wieku. Ostatecznie Szwecji obiecano, że nowa dyrektywa w tej kwestii nie będzie jej dotyczyła.

Warto przypomnieć, że projekt ten jest elementem Europejskiego filaru praw socjalnych podpisanego przez wszystkie państwa członkowskie podczas szczytu społecznego w Göteborgu 17 listopada 2017 r.
Centrum Sztokholmu źródło: twitter.com/EhandelPunktSe
Centrum Sztokholmu źródło: twitter.com/EhandelPunktSe
Latem, kiedy w Europie liczba przypadków zakażeń koronawirusem wyraźnie zmalała, w Szwecji ogłoszono, że druga fala pandemii oszczędzi ten kraj.

Anders Tegnell słynący z pewności siebie, główny epidemiolog kraju twierdził, że jesienią sąsiednia Norwegia, odnotuje kilkakrotnie więcej zachorowań ma COVID-19 od Szwecji.

Tegnell był przekonany o tym, że Norwegowie, Duńczycy, a także Finowie zmęczeni kwarantanną i częściowym lockdownem, będą zachowywali się mniej odpowiedzialnie i to spowoduje wzrost przypadków zakażeń.

Jednak w tych krajach, oprócz wprowadzenia wiosną szeregu ostrych restrykcji przetestowano zdecydowanie więcej osób niż w Szwecji. Dodatkowo udało się tam izolować większość zarażonych i tym samym zatrzymać łańcuch zakażeń. Coś, co w Szwecji funkcjonowało o wiele gorzej, o czym wielokrotnie przypominali krytycy Tegnella i Urzędu Zdrowia Publicznego.

- Interesujący będzie rozwój sytuacji w Szwecji jesienią. Wydaje mi się niestety, że będziemy mieli tu więcej zakażeń niż w innych krajach, mówił w czerwcu Björn Olsen, profesor chorób zakaźnych Uniwersytetu w Uppsali.

Po wakacjach, kiedy na kontynencie koronawirus, zaczął o sobie ponownie przypominać, Tegnell utwierdzał władze oraz społeczeństwo, w przekonaniu tym że wzrosty w Szwecji są marginalne i że nie powtórzy się sytuacja z wiosny.

Szwedzki rząd jeszcze w październiku poluzował rekomendacje dotyczące osób starszych i zezwolił na zwiększenie limitu publiczności z miejscami siedzącymi z 50 do 300. Tymczasem SARS-CoV-2 zaczął szybko się rozprzestrzeniać również w Szwecji.

1 listopada Anders Tegnell w wypowiedziach dla mediów potwierdził, że wzrost infekcji, jest większy niż się, spodziewano.

11 dni później odsetek zakażeń koronawirusem w Szwecji na milion mieszkańców przewyższył ten odnotowany w Stanach Zjednoczonych.

- Jeśli nie zrobimy nic więcej, aby powstrzymać tą epidemię, nasza rzeczywistość zamieni się w ciemność, mówił, wtedy premier Löfven informując społeczeństwo o wprowadzeniu zakazu sprzedaży alkoholu po godz. 22.

W ostatni poniedziałek rząd poinforował o zmniejszeniu limitu publicznych zgromadzeń z 50 do 8 osób. W ubiegłym tygodniu przybyło w Szwecji prawie 31 tysięcy zarażonych koronawirusem. W Danii prawie 7 i pół tysiąca, w Norwegii ponad 3 tysiące, a w Finlandii odnotowano niewiele ponad półtora tysiąca przypadków zakażeń.

Wielu lekarzy oraz ekspertów nie powiązanych z Urzędem Zdrowia Publicznego domaga się od szwedzkich władz wprowadzenia dalszych obostrzeń, w tym obowiązku zakrywania ust i nosa w miejscach publicznych.

Pomimo rekomendacji WHO Anders Tegnell wciąż utrzymuje, że nie ma dostatecznych dowodów na to, że maseczki ochronne zmniejszają ryzyko zakażenia się patogenem.

Większość mieszkańców dużych miast, bez jakichkolwiek zabezpieczeń wciąż tłoczy się w restauracjach, środkach komunikacji miejskiej czy w galeriach handlowych.
źródło:pixabay.com
źródło:pixabay.com
Droga do aborcji "na żądanie" była w Szwecji długa i kręta. Do 1938 roku tego rodzaju zabiegi były tam całkowicie zakazane.

Później była dopuszczana tylko w trzech przypadkach;: jeśli kobieta w trakcie ciąży była poważnie chora lub urodzenie dziecka zagrażało jej życiu, kiedy ciąża była efektem gwałtu oraz z powodu przesłanki rasowej. W tym przypadku chodziło ówczesnym władzom, aby utrzymać wysoki poziom "jakości genetycznej społeczeństwa" i uniemożliwić poród kobietom psychicznie chorym. Po dokonanej aborcji kobiety te były często poddawane przymusowej sterylizacji.

W 1946 roku ustawodawca umożliwił przeprowadzenie aborcji również ze względu na trudne warunki socjalne, a w 1963 wprowadzono tzw. przesłankę eugeniczną.

Na początku lat 60. na fali popularności eksponujących nagość i pozamałżeńską miłość, pierwszych filmów Ingmara Bergmana, w purytańskim społeczeństwie Szwecji coraz częściej pojawiały się postulaty domagające się liberalizacji prawa aborcyjnego. Wysuwali je przede wszystkim lewicowi publicyści oraz działacze młodzieżówki liberalnej Partii Ludowej oraz rządzącej partii socjaldemokratycznej.

Jednym z takich działaczy był Hans Nestius, który w 1964 roku rozpoczął organizowanie wyjazdów ciężarnych Szwedek do Polski w celu dokonania przez nie aborcji. Nestius twierdził, że numery telefonów do polskich lekarzy, którzy za 100 dolarów usuwali niechciane ciąże, przekazywał kobietom bezpłatnie. Z jego usług miało skorzystać około tysiąca kobiet.

Prokurator Krajowy oskarżył Nestiusa o pomoc w przeprowadzaniu nielegalnych aborcji. Jego mieszkanie poddano rewizji, podczas której starano się znaleźć adresy kobiet które przeprowadziły usunięcie płodu w Polsce. Sprawa przez wiele tygodni nie schodziła z czołówek największych szwedzkich dzienników.

Rząd postanowił wtedy o abolicji dla Nestiusa oraz jego klientek i zdecydował o powołaniu grupy roboczej, która otrzymała zadanie zbadania zasadności wprowadzenia w Szwecji aborcji na żądanie. Stalo się tak dziesięć lat później, czyli w 1974 roku.

Obecnie co czwarta ciąża w Szwecji kończy się aborcją. Z przeprowadzonego dziewięć lat temu sondażu przez Uniwersytet w Uppsali wynika, że 25 procent Szwedek jest niezadowolonych z poziomu opieki zdrowotnej oferowanej im po przeprowadzeniu aborcji.

Biorące udział w badaniu kobiety wskazywały, że personel medyczny przekazywał im informacje dotyczące zabiegu w sposób uproszczony, często pomijając jego negatywne skutki dla psychiki kobiet czy możliwość powikłań.
1234567