Skandynawia po mojemu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Skandynawia po mojemu
Anders Tegnell, źródło: folkhalsomyndigheten.se
Anders Tegnell, źródło: folkhalsomyndigheten.se
64-letni Anders Tegnell, jest doktorem nauk medycznych i specjalistą chorób zakaźnych. Od 2013 roku sprawuje funkcję głównego epidemiologa Szwecji, uważany jest przez wiele osób za architekta szwedzkiego modelu walki z pandemią korona wirusa.

W połowie lat 90. Tegnell z dwójką innych lekarzy wyjechał do ówczesnego Zairu, aby pomóc w zwalczaniu epidemii wirusa ebola. Wtedy Światowa Organizacja Zdrowia była przeciwna wysłaniu do Afryki trójki młodych niedoświadczonych szwedzkich lekarzy. Sami Szwedzi, bali się, że medycy przywiozą ze sobą zarazę do kraju.

Pierwsze co Tegnell zrobił w Zairze, było zamówienie ze Szwecji 200 rowerów. Dzięki dwuśladom miejscowi studenci medycyny mogli szybko dotrzeć do małych wiosek i uczyć ich mieszkańców jak skutecznie zapobiegać rozprzestrzenianiu się wirusa ebola. Nie wiadomo jak skuteczne okazały się te działania, ale z pewnością można określić je jako pożyteczne i niekonwencjonalne.

W 2009 roku Anders Tegnell już jako szef szwedzkiej Agencji Epidemiologicznej, podjął decyzję o masowym szczepieniu mieszkańców Szwecji przeciwko wirusowi świńskiej grypy. Niestety szczepionka wywołała u ponad 400 nieletnich narkolepsję, zaburzenie, z którym muszą żyć do końca swoich dni.

Teraz uznawany jest za architekta szwedzkiego modelu walki z pandemią.

- Wirus nie wygląda groźniej od tych, które poznaliśmy na przestrzeni ostatnich kilku lat, mówił 24 stycznia pewny siebie Tegnell w szwedzkiej telewizji, po tym, jak epidemię koronawirusa potwierdzono w Chinach. Tydzień później odnotowano pierwszy przypadek zakażenia patogenem w Szwecji.

Na przełomie stycznia i lutego wielu Szwedów wyjechało na narty do popularnych miejscowości wypoczynkowych w północnych Włoszech. Anders Tegnell uspokajał wtedy w mediach, że koronowirus w tych rejonach nie występuje. Na początku marca, kiedy Włochy zamknęły granice i wprowadziły restrykcje, szwedzki epidemiolog twierdził, że patogen nie rozprzestrzenia się na terenie Szwecji i że zainfekowanymi są wyłącznie osoby powracający z zagranicy.

Kilka tygodni później szwedzki rząd zamknął na wniosek Urzędu Zdrowia Publicznego szkoły średnie oraz wyższe i wprowadził zakaz zgromadzeń powyżej 500 osób. Poza tym służby sanitarne zarekomendowały mycie rąk i zaleciło unikanie bliskich kontaktów z osobami starszymi. Te rekomendacje Tegnell uważa za najważniejsze, co podkreśla przy każdej możliwej okazji. Od tamtej pory zaostrzono tylko przepis dotyczący zgromadzeń. W tej chwili dozwolone jest przebywanie w grupach do 50 osób. Po za tym nie wprowadzono dodatkowych obostrzeń.

Według Andersa Tegnella jego taktyka zahamowania epidemii polega na ochronie osób najbardziej narażonych na zachorowanie na COVID-19 jednak nie przynosi ona zamierzonego efektu. Wśród ofiar śmiertelnych korona wirusa najwięcej jest osób starszych, zwłaszcza pensjonariuszy domów opieki. Również zalecenia dotyczące zachowania dystansu społecznego wydają się być ignorowane, zwłaszcza przez młodych Szwedów, którzy wychowani są w duchu wszechmogące państwa. Wierzą, że w kraju nic złego nie może im się przytrafić.

Tegnell ubolewa nad tym, ale wciąż wierzy, że choć nie ma na to żadnych naukowych dowodów, to przyjęta przez niego strategia jest słuszna. Epidemiolog jest często krytykowany głównie za granicą. W kraju głos nieprzychylnych mu naukowców jest zakrzykiwany przez mainstreamowe media, które kreują go na bohatera narodowego i zapraszają do najbardziej popularnych telewizyjnych talk-show.

Wyzwala to wśród Szwedów ukrywany do tej pory pod polityczno-poprawnym płaszczykiem, niespotykany od dawna, narodowy szowinizm. Uparty naukowiec budzi wśród przekwitłych kobiet zachwyt nie tylko swoistą niezłomnością, ale i fizjonomią. Fan Klub Tegnella na FB liczy prawie 30 tysięcy członków. Na jego cześć powstają piosenki i pamflety. Kilka dni temu jeden z jego wyznawców, pochwalił się w mediach świeżutkim tatuażem z jego podobizną.

Tegnell jest dla Szwedów uosobieniem mitu o „wolnym kmieciu”, którego wymyślił w pierwszej połowie XIX wieku, ku pokrzepieniu serc mieszkańców Północy, szwedzki poeta Erik Gustaw Geijer. „Wolny kmieć” symbolizuje cechy charakteru Szwedów, które Ci uważają u siebie za najszlachetniejsze. Ich fundamentem jest przeświadczenie o wolność jednostki do decydowania o swoim losie wbrew wszystkiemu i wszystkim.
Möllevångstorget, Malmö fot. Przemysław Gołyński (Radio Szczecin)
Möllevångstorget, Malmö fot. Przemysław Gołyński (Radio Szczecin)
Domowa kwarantanna oraz unikanie kontaktu z ludźmi wydają się najbardziej skutecznymi sposobami na powstrzymanie pandemii koronawirusa. Świadczą o tym ostatnie dane dotyczące zachorowań na COVID-19 z Danii, Austrii czy Norwegii. Te kraje kilka tygodni temu wprowadziły podobne, twarde restrykcje podobne do tych, które obowiązują dziś w Polsce i zdecydowały ostatnio o stopniowym zniesieniu części ograniczeń.

Tymczasem w Szwecji władze tego kraju wciąż twierdzą, że to sami Szwedzi powinni decydować o tym, jaki nałożyć na siebie rygor, aby uniknąć zakażenia patogenem, który przecież zabija z reguły tylko starców, jak to kilka dni temu powiedziała szwedzka profesor bakteriologii, Agnes Wold.

- Rząd ma rację, dając społeczeństwu wolną rękę w tej kwestii, mówiła w szwedzkiej telewizji starsza pani kąpiąca twarz w promieniach wiosennego słońca na ławce w Królewskim Ogrodzie Drzew w Sztokholmie.

- Jesteśmy naprawdę wdzięczni losowi, że możemy mieszkać właśnie w Szwecji. Na dłuższą metę, zakazy wychodzenia z domu nie mają sensu, stwierdziła inna mieszkanka szwedzkiej stolicy.

Tego samego dnia po południu służby sanitarne poinformowały o 114 nowych śmiertelnych ofiarach COVID-19, a rząd przekonał opozycję, aby dać mu więcej władzy, żeby mógł wprowadzać w przyśpieszonym trybie rozporządzenia. Wszystko wskazuje na to, że premier Szwecji Stefan Löfven zdaje sobie sprawę, że nie wystarczą już prośby i zalecenia.

Urząd Zdrowia Publicznego nadal utrzymuje, że aby powstrzymać pandemie, wystarczy odizolować najbardziej narażoną na infekcję grupe, czy ludzi starszych. Na stronach urzędu wciąż możemy przeczytać, że są małe szanse, na to, aby koronawirusa przenosili ludzie młodzi lub osoby bez objawów zachorowania na COVID-19

Niedawno okazało się, że połowa personelu medycznego jednego z oddziałów Uniwersyteckiego Szpitala w Jönköping, jest zakażona patogenem. Większość z nich w momencie testowania ich na obecność koronawirusa nie skarżyła się na żadne dolegliwości. Nie wiadomo jeszcze jak, doszło do ich infekcji, ale problemem, na jaki skarżą się pracownicy opieki medycznej, jest brak środków ochronnych.

Tymczasem w poniedziałek szwedzkie władze potwierdziły, że zrezygnowały ze wspólnego z Polską zakupu maseczek ochronnych z Chin. Przedstawicielka Głównego Zarządu Zdrowia i Opieki Społecznej stwierdziła, że sprzęt nie posiada europejskiego certyfikatu jakości i według szwedzkich norm nie może zostać dopuszczony do użytku. Dodała, że nie wie jakie przepisy obowiązują w Polsce, ale Szwecja musi trzymać się swoich. Dzień później po protestach personelu medycznego, ten sam urząd dopuścił używanie w Szwecji maseczek typu FFP2.

Od kilku miesięcy stosunki dyplomatyczne między Szwecją i Chinami są, łagodnie to ujmując, chłodne. Sztokholm być może dlatego nie chciał skorzystać z pomocy polskiego rządu w tej kwestii. Natomiast szwedzkie MSZ chętnie korzystało z akcji polskiego przewoźnika #LOTdo domu. Dzięki której około 300 obywateli Szwecji mogło powrócić do kraju. Szwedzkiemu rządowi nie udało się namówić do podobnej akcji kierownictwa Skandynawskich Linii Lotniczych SAS.
Konferencja premiera S. Löfvena
Konferencja premiera S. Löfvena
O tym, jak z pandemią koronavirusa, radzą sobie Szwedzi, interesuje dziś wielu z nas. Najbardziej jednak ludzi otumanionych idyllicznym obrazem Szwecji, który przez dekady, jest lansowany poza jej granicami. Kiedy szwedzki model jest dyskutowany, tu i ówdzie słychać pełne podziwu ochy i achy.

Szwedzi z dumą powtarzają nowo przybyłym, że „my tu w Szwecji, mamy swój sposób na rozwiązywanie problemów”. W tym stwierdzeniu wyczuwalne jest przeświadczenie, że szwedzkie rozwiązania są najlepsze z możliwych. Jeżeli masz inny pogląd na tę sprawę, powinieneś go jak najszybciej zrewidować, inaczej nie masz czego tu szukać, a rozmowa z Tobą będzie wtedy zbyteczna.

Również w przypadku tej nieszczęsnej pandemii Szwedzi postanowili pokazać światu, w jaki sposób powinno się ten problem rozwiązywać. Przez ponad dwa stulecia nie doświadczyli żadnych wojen, a największym kryzysem, z jakim musieli się zmagać to ten z lat 90. i dotyczył finansów, a nie pandemii wirusa. Szwedzki model, który ma powstrzymać COVID-19 nie jest jakimś wypracowanym przez lata i mającym naukowe podłoże modelem. Przypomina raczej rosyjską ruletkę.

Szwedzkie władze od 13 marca nie testują już ludzi z objawami zakażenia koronawirusem. Testuje się jedynie tych, którzy wymagają hospitalizacji oraz badaniom na obecność patogenu poddawany jest personel szpitalny, który może mieć z nimi lub miał kontakt. Wiele osób starszych, w tym moja znajoma ze Sztokholmu, która choruje na astmę, przebywa w domach z objawami COVID-19 i nie jest testowanych. Wspomniana tu znajoma ma jedynie kontakt telefoniczny z lekarzem rodzinnym. Od siedmiu dni czuje się fatalnie, ma kaszel, katar i duszności. Lekarz zalecił jej siedzenie w domu, picie wody i branie lekarstwa na przeziębienie.

Według szwedzkiego Urzędu Zdrowia Publicznego koronawirus nie jest groźny dla ludzi młodych. Z tego powodu uznano, że przedszkola i szkoły muszą pozostać otwarte a starsi powinni być izolowani. 27 marca w telewizyjnym talk-show Agnes Wold, lekarz profesor bakteriologii Uniwersytetu w Goteborgu powiedziała: „Ten patogen co prawda zabija ludzi, ale na szczęście z reguły są to ludzie starzy i w sumie powinniśmy być mu wdzięczni”.

Jeżeli ktoś myśli, że eugenika w Szwecji to przeszłość lub ten się grubo myli. Szwedzi wciąż wydają się przywiązani do teorii, że społeczeństwo musi oczyszczać się z elementu niepotrzebnego lub niezdolnego do współistnienia. Ylva Myrdal noblistka z 1982 roku, która w latach 30. opracowała pionierski system opieki państwa nad dziećmi oparty na żłobkach i przedszkolach. Pisała wtedy, że obowiązkiem państwa jest wyeliminować ze społeczeństwa kobiety zdemoralizowane, źle się prowadzące, lub niedorozwinięte i objąć opieką ich potomstwo. W tym duchu do dziś władze socjalne odbierają opiekę nad dziećmi rodzicom, którzy wg. nich nie wychowują potomstwa zgodnie z obowiązującymi normami.

Być może szwedzki eksperyment radzenia sobie z pandemią koronawirusa, poświęcający ludzi starych przyniesie założoną odporność stadną. Nawet jeśli tak się stanie, to jedno jest pewne, że obowiązujące do tej pory w Szwecji credo mówiące o tym, że „każdy człowiek jest wart tyle samo” stanie się dla wszystkich jedynie pustym sloganem, przypominającym o „szwedzkim modelu”.
źródło: facebook.com/pg/mettefrederiksen.dk
źródło: facebook.com/pg/mettefrederiksen.dk
Wiadomo już, że od przyjętej przez władze każdego z państw strategii w walce z pandemią zależy zdrowie, a może i życie ludzi. Rządy większości krajów skandynawskich stosują się do zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia i wprowadziły odpowiednie restrykcje, które według nich są konieczne, aby zatrzymać koronawirusa.

Zdecydowanie najszybciej, zaraz po Polsce, wprowadziła je w życie Dania. Powstały w czerwcu socjaldemokratyczny rząd premier Mette Frederiksen, dwa dni po tym jak WHO ogłosiła stan pandemii, zamknął granice i przy poparciu opozycji, przyjął tzw. pakiet ustaw nadzwyczajnych. Oprócz ograniczeń dotyczących zgromadzeń do 10 osób oraz funkcjonowania handlu zamknięto również placówki kultury.

Duńska premier, choć stworzyła gabinet przy parlamentarnym wsparciu ugrupowań lewicowych, działa szybko i zdecydowanie, bez typowej dla lewicy światopoglądowej narracji. Wydaje się również, że Frederiksen nie jest, tak jak socjaldemokraci w sąsiedniej Szwecji, podatna na wpływy neoliberałów i postanowiła twardo bronić praw wszystkich obywateli do ochrony przed pandemią oraz prawa do opieki zdrowotnej.

Podczas codziennych konferencji prasowych Frederiksen czyta z kartek, pomimo tego jej wypowiedzi wydają się za każdym razem, być szczere. Co najważniejsze przekaz duńskiej premier pozbawiony jest jakichkolwiek ataków w stronę opozycji, choć ta krytykuje ją za zbyt autorytarny styl podejmowania decyzji, choćby wobec kierownictwa Urzędu Zdrowia Publicznego. Frederiksen uważa, że władze sanitarne były zbyt ostrożne i spóźnione w swoich prognozach na temat zagrożenia koronawirusem.

Duńska premier nie zamiata pod dywan spraw dla jej rządu niewygodnych. Kiedy media ujawniły, że na krótko przed wybuchem pandemii, władze nie skorzystały z możliwości zakupu od Korei Południowej tysięcy testów na obecność patogenu, przepraszać publicznie w obecności Frederiksen, musiał sam minister zdrowia.

Nie bez znaczenia, są podejmowane przez duński rząd działania na rzecz utrzymania miejsc pracy. Państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za wypłatę dużej części wynagrodzenia pracownikom najbardziej zagrożonych zwolnieniami.

Można parafrazować klasyka i powiedzieć, że biorąc pod uwagę obecne uwarunkowania, to wcale dobrze dzieje się w państwie duńskim, a premier Frederiksen ma szanse stać się Żelazną Mette i być wzorem do naśladowania dla polityków bankrutującej dziś zachodniej socjaldemokracji.
Szpitalny Oddział Ratunkowy w Malmö, fot. Przemysław Gołyński - Radio Szczecin
Szpitalny Oddział Ratunkowy w Malmö, fot. Przemysław Gołyński - Radio Szczecin
Skandynawia tak jak praktycznie cały świat, zmaga się dziś z niebezpiecznym dla życia, koronawirusem. Jest jednak kraj, który robi to na swój własny sposób, to - Szwecja.

Większość tamtejszego społeczeństwa, od wielu dekad nauczona jest bezkrytycznej wiary w instytucje państwa. To właśnie państwo, choć pobierało od swoich obywateli znaczną daninę w postaci podatków, gwarantowało bezpieczeństwo socjalne, pomoc słabszym oraz opiekę medyczną na bardzo wysokim poziomie.

Każdemu bez wyjątku, stwarzało możliwość samorealizacji. Dzięki tym dobrodziejstwom, Szwedzi nie wiedzą dziś czym jest instynkt samozachowawczy. Powtarzana przez lata narracja o tym, że nie ma na świecie bardziej utalentowanego, pomysłowego i postępowego narodu niż Szwedzi, utwierdzała społeczeństwo w przekonaniu, że w Szwecji nic złego, nikomu nie może się przytrafić. Dziś jest zgoła inaczej. Państwo pobiera rzecz jasna podatki, ale w zamian daje niewiele. Mocarstwu Humanitarnemu, jak lubi się samo określać, grozi katastrofa.

Szwedzki Urząd Zdrowia Publicznego niezwykle powściągliwie reagował na rekomendacje Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące koronawirusa. Kiedy 30 stycznia WHO uznała, że COVID-19 może stanowić zagrożenie dla zdrowia całej ludzkości, władze z nieukrywaną pychą, dały do zrozumienia, że Szwecja gotowa jest wesprzeć kraje posiadające słabo rozwinięte systemy opieki zdrowotnej. Tego samego dnia potwierdzono w Szwecji pierwszą osobę zarażoną koronawirusem.

Władze sanitarne dopiero 3 marca zaleciły, aby osoby powracające z krajów gdzie występuje epidemia, które mają objawy ostrego przeziębienia, były poddawane testom na obecność koronawirusa. Wtedy do kraju zdążyło powrócić tysiące osób, które spędzały ferie zimowe we Włoszech i Iranie.

W ostatnich dniach już nie rejestruje się potwierdzonych przypadków infekcji patogenem, a strategia jest taka, aby izolować chorych na COVID-19 od tej części społeczeństwa, która ma szanse na pokonanie choroby własnymi siłami. Raptem eksperci uznali, że najlepszym rozwiązaniem jest selekcja naturalna. Rządzący Szwecją nie protestują, przecież decyzje podejmują naukowe autorytety.

Rząd chcąc za wszelką cenę uniknąć odpowiedzialności, podejmowanie kluczowych dla zdrowia obywateli decyzji, spycha na samorządy. A te, możliwości mają ograniczone. W Szwecji na tysiąc mieszkańców przypada zaledwie nieco ponad dwa łóżka szpitalne i zaledwie 5 miejsc na intensywnej terapii na sto tysięcy mieszkańców. To liczby, które sytuują Szwecję pod koniec europejskiej stawki.

Szwedzi często, chętnie kpią z innych nacji, kiedy te zachowują się zgoła inaczej od nich. Przyjęte przez kraje sąsiednie restrykcje wobec zagrożenia koronawirusem, część szwedzkiego establishmentu, po prostu wyśmiała.

Podobnie reagowała część Szwedów. na widok obwieszonych papierem toaletowym Polaków. Taki obrazek, obok tego przedstawiającego chłopa na furmance, często gościł w szwedzkim przekazie medialnym w latach 80.

Obecnie to właśnie papier toaletowy, jest obecnie dla wielu mieszkańców Szwecji, papierem najbardziej wartościowym i pożądanym.
"Szwecja musi zginąć" foto:facebook.com/Malmölistan
"Szwecja musi zginąć" foto:facebook.com/Malmölistan
8 marca zawsze będzie mi się kojarzył ze sztuczną adoracją kobiet przez sztywnych panów uzbrojonych w okolicznościowy goździk. Utrwalony obrazek tego dziwnego święta z okresu PRL przechowuję do dziś w pamięci.

Na początku XX wieku, kiedy kobiety faktycznie nie posiadały równych z mężczyznami praw, ustanowienie tego święta przez socjalistyczną międzynarodówkę było całkiem uzasadnione. Ponad sto lat później sprawy mają się zgoła inaczej, ale nie przeszkadza to tzw. nowoczesnej lewicy wykorzystywać ten dzień do ich ulubionej walki. Walki klas.

W Szwecji - kraju, który chwali się najwyższym na świecie poziomem równouprawnienia oraz feministycznym rządem demonstracje w Dniu Kobiet wydają się czymś absurdalnym. Jednak w ostatnią niedzielę przypominające nieco pierwszomajowe robotniczo-chłopskie spędy, pochody odbyły się w większości dużych szwedzkich miast.

Ich organizatorzy, czyli liczne polityczne formacje lewicowe - a uwierzcie: jest w Szwecji sporo - zachęcały w mediach społecznościowych do wzięcia w nich udziału. Oto niektóre wybrane hasła przewodnie demonstracji: "Nie dla seksualnego wyzysku kobiet", "Bój o przetrwanie - to walka o prawa kobiet, walka o klimat", "Siostrzany bój przeciwko budżetowym cięciom".

Buńczuczne hasła rodem ze stalinowskich masówek organizowanych dla nieświadomych klasowo robotników hut i fabryk, robią na młodzieży wrażenie i rzecz jasna - przyciągają. Ta retoryka używana w czasach słusznie już minionych to miód na uszy szwedzkich kobiet, dla których komunistyczne zbrodnie na podbitych przez Armię Czerwoną narodów, są tylko wymysłem ksenofobicznych nacjonalistów.

Szwedzka młodzież żądna jest uczestniczenia w buncie, pod warunkiem, że nie grożą im za to konsekwencje, wtedy gdy łamane jest prawo. Przecież najwyżej to rodzice zapłacą niewielkie grzywny, ale tzw. fejm wśród znajomych na Facebooku czy Instagramie, będzie wielki. Dlatego tak popularne są nie tylko wiece czy demonstracje feministek ale i akcje wspieranego przez Gretą Thunberg ruchu Extinction Rebellion, którego działalność również w Polsce zaczyna być zauważalna.

Oprócz praw kobiet w rządzonym przez feministki kraju walczy się o klimat, podczas gdy Szwecja jest jednym z krajów emitujących najmniej dwutlenku węgla do atmosfery.

Gdy większość z nas wznosiła w niedzielę toast za zdrowie pań, w Szwecji trwała walka o równość płci. Tymczasem to mężczyźni są w szwedzkim społeczeństwie często na przegranych pozycjach. Zwłaszcza w instytucjach państwa. Okazuje się bowiem, że np. wśród 71 osób zatrudnionych w tamtejszym Urzędzie ds. Równego Traktowania, większość stanowią kobiety, a ośmioosobowy zarząd tej podległej rządowi instytucji, złożony jest wyłącznie ... z kobiet.

Sytuacja jest tak absurdalna, że wcale mnie nie zdziwił jeden z transparentów, który odważnie dzierżył w rękach uczestnik demonstracji 8 marca w Malmö. Widniał na nim napis - "Szwecja musi umrzeć".
Dziennik Aftonbladet
Dziennik Aftonbladet
"Faszyści budują strefy wolne od LGBT" - krzyczy nagłówek wstępniaka w jednym z największych szwedzkich dzienników, lewicowym tabloidzie Aftonbladet.

Autorka artykułu cytuje wypowiedź Dawida i Jakuba z Polski dla jednego ze szwedzkich portali gejowskich. Będący w związku małżeńskim panowie "boją się, że w Polsce będzie wkrótce tak, jak w czasach panowania nazizmu”.

U szwedzkiego czytelnika w tym momencie zapala się lampka kontrolna przypominająca mu o losie milionów Żydów zamordowanych przez nazistów w Polsce - w Auschwitz. To jedyny obóz zagłady, który istnieje w świadomości większości Szwedów. Coraz rzadziej słyszą o tym, że organizatorami i sprawcami tego ludobójstwa byli Niemcy. Szwedzkie media powtarzają, że Żydów mordowali naziści. W obozie w Polsce wtedy, gdy władzę sprawowali naziści.

Czytelnik ma świadomość, że naziści oprócz Żydów mordowali też homoseksualistów.

Według Aftonbladet w dzisiejszej Polsce faszystowska władza knebluje usta wolnym mediom. Krok po kroku przejmuje kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości oraz ogranicza swobodę wypowiedzi. Aftonbladet wmawia swoim czytelnikom, że za mówienie o tym, że Polacy są współodpowiedzialni za Zagładę Żydów, grozi u nas kara trzech lat więzienia.

Autorka artykułu przekonuje, że samorządy przyjmują deklaracje dyskryminujące osoby LGBT i chcą tym sposobem wykluczyć ze społeczności ludzi tylko z tego powodu, że chcą sami decydować o tym, kogo chcą kochać lub o tym, z kim iść do łóżka. Ani słowa o tym, czym jest Karta Praw Rodziny.

Organizacje LGBT działające wewnątrz szwedzkich partii domagają się od swoich liderów, aby Ci zażądali wstrzymania wypłaty Polsce unijnych środków pomocowych. Jedna z deputowanych Riksdagu złożyła kilka dni temu - w tym samym tonie - interpelację. Pyta w niej, co rząd zamierza zrobić w związku z prześladowaniem osób LGBT w Polsce?

Wyobrażacie sobie Państwo podobną absurdalną sytuację, w której polski poseł pyta rząd premiera Morawickiego kiedy wreszcie przedstawi stanowisko w sprawie braku potraw z mięsa w szkolnych szwedzkich stołówkach, bo przecież korzystają z niej również dzieci - nie-weganie?

Nie dość, że skutecznie przyczepiono nam łatkę antysemitów, to dzięki części naszych europosłów, nie tylko w Szwecji, będziemy uchodzić za faszystowskich homofobów.

Od niedawna mamy w Sztokholmie wreszcie ambasadora. Dziwię się, że tego typu publikacje, które coraz częściej pojawiają się w szwedzkiej prasie, nie wywołują jeszcze stanowczej reakcji pani ambasador.
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com
W Polsce często mylimy islam z islamizmem, czyli z ideologią polityczną opartą na religijnym fundamentalizmie. Tym samym krzywdzimy część muzułmanów, którzy z tą ideologią się nie identyfikują i traktują swoją religię jako coś bardzo osobistego.

Islamiści na Zachodzie chodzą w dobrze skrojonych garniturach, chętnie występują w mediach i żywo angażują się w spory polityczne.

Obok wyznawców feminizmu i genderyzmu są najbardziej aktywni w szwedzkiej debacie publicznej, kreują się na obrońców uciśnionych - dlatego są tak licznie reprezentowani w tamtejszych lewicowych i liberalnych partiach.

Wydawać się może, że jednych z drugimi nie wiele może łączyć. Nic bardziej mylnego. Zarówno islamiści jak i krzykliwe feministki czy sekta genderystów nie znoszą sprzeciwu. Nie potrafią rozmawiać z kimś, kto głosi inne poglądy od im bliskich. W swoich oponentów rzucają wyzwiskami, które skazują ich na medialny niebyt.

Poza tym wszystkie te grupy żądają przywilejów. Od prawa do noszenia przez muzułmanki okrycia głowy w miejscach publicznych, pokoju odpoczynku dla miesiączkujących kobiet w każdym miejscu pracy czy transseksualnych edukatorów w przedszkolach.

Ponadto łączy ich niechęć wobec zastałego porządku i pogarda dla wartości chrześcijańskich. Coś, co możemy zaobserwować również na własnym podwórku. Zwłaszcza wśród części naszego społeczeństwa uważającej się za postępowa, która od tej identyfikującej się z własną historią i tradycjami najchętniej by się odcięła.

Szwedzcy islamiści chcieliby, aby prawa szariatu obowiązywały nie tylko muzułmanów, ale i innych mieszkańców Szwecji. Dlatego domagają się m.in., aby na wszystkich kąpieliskach w kraju obowiązywała segregacja płciowa. Chcą, aby kobiety korzystały z nich tylko w określonej porze dnia tak, aby nie mogły być obiektem pożądania obcych mężczyzn.

Większość Szwedów jest temu przeciwna. Pytają o równość płci, zakaz wykluczania kogokolwiek z dostępu do obiektów użyteczności publicznej et cetera. Nagle w spor włącza się nieoczekiwany sojusznik; znana publicystka i jedna z czołowych szwedzkich feministek - Cissi Wallin, która na łamach dziennika Expressen pisze, że gminne kąpieliska musza być wolne od mężczyzn.

Dziennikarka opisuje katorgę, jaką bylo dla niej przebywanie na basenie pełnym facetów w średnim wieku obżerających się czipsami lub oglądających na laptopie mecze piłkarskie. Z niesmakiem musiała patrzeć na biorącego prysznic pana z brzuszkiem w obcisłych kąpielówkach. Szwedka komentowała to z klasowym narcyzmem, podobnym do tego, prezentowanego parę lat temu przez jedna z polskich celebrytek, która opisywała widok tzw. Polski "B" bawiącej się na plaży.

Szwedzka publicystka, stwierdziła na końcu swojego wywodu, że segregacja płciowa na basenach wcale nie godzi w prawa jednostki, a jest czymś wręcz pożądanym bowiem może zapobiec atakom wyzwolonych kobiet na ohydnych starszych mężczyzn w kąpielówkach.

Uważajmy na te prądy morskie z północy Bałtyku.

Obok Greków jesteśmy chyba jednym z najbardziej marudzących narodów w Europie. Narzekamy na wszystkich i wszystko. Obrywa się politykom, księżom i naszym sportowcom, kiedy nie odnoszą sukcesów.

Najczęściej jednak skarżymy się na naszą służbę zdrowia. Często słyszę, że mamy najgorszą na świecie. Nie, wcale nie twierdzę, że możemy być z niej dumni, ale na pewno nie znajdujemy się w gorszej sytuacji od Szwedów, przynajmniej jeśli chodzi o pomoc medyczną pierwszego kontaktu.

Od kilku lat jakość opieki medycznej w Szwecji pogarsza się z roku na rok. Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, gdy rozpoczęto proces deregulacji rynku usług medycznych. Zapoczątkował je centroprawicowy rząd premiera Reinfeldta. Zlikwidowano setki placówek ochrony zdrowia. Znikały zarówno oddziały szpitalne jak i całe szpitale. Zamykano gminne przychodnie lekarskie na rzecz zdalnej opieki medycznej. Obok państwowej sieci aptek pojawiły się prywatne.

Receptą na rosnące wydatki budżetu państwa na ochronę zdrowia miał być wolny rynek. W tym czasie słyszeliśmy to samo od rządzących wtedy Polską polityków. Wróćmy jednak do Szwecji. Kiedy w 2014 roku - po ośmioletniej przerwie - do władzy powrócili socjaldemokraci, postanowili kontynuować reformy swoich poprzedników.

Efektem 14 lat wspólnej, nieodpowiedzialnej i w Szwecji często określanej jako głupiej polityki, jest nie tylko ograniczenie dostępności Szwedów do opieki zdrowotnej, ale nawet zagrożenie dla życia pacjentów. Przykładem może być trwający od trzech lat strajk okupacyjny oddziału położniczego w mieście Sollefteå na północy kraju.

Prowadzą go non-stop, w trybie zmiennym jego niestrudzeni mieszkańcy. Twierdzą, że niektóre ciężarne kobiety z regionu, aby urodzić dziecko muszą pokonać nawet do 250 kilometrów. Władze nie bardzo się tym przejmują, poza tym, że uruchomiono bezpłatne kursy rodzenia w samochodzie.

Cięcia wydatków na ochronę zdrowia powodują stopniowe wykluczanie części społeczeństwa z przysługujących im praw do opieki medycznej. Drastyczne spadła ilość miejsc szpitalnych. Dziś według danych Eurostatu w Szwecji przypada tylko 215 łóżek szpitalnych na 100 tysięcy mieszkańców - to najmniej w Unii Europejskiej.

W Polsce jest ich dwukrotnie więcej. U naszych północnych sąsiadów działa obecnie zaledwie 77 szpitali i klinik, które zarządzane są przez władze samorządowe.

Malejąca ilość łóżek szpitalnych, chroniczny brak personelu medycznego z powodu niskich zarobków, powodują nie tylko niezadowolenie samych pacjentów, ale i niepokoje wśród tych, którzy się nimi powinni opiekować.

W regionie Sztokholmu trwa obecnie protest 19 tysięcy zatrudnionych w służbie zdrowia. W opublikowanym w mediach społecznościowych filmie opowiadają, o warunkach swojej pracy i o tym, że są bezradni wobec ograniczeń w świadczeniu pacjentom odpowiedniej opieki.

- Sytuacja jest tak poważna, że codziennie narażamy bezpieczeństwo naszych pacjentów - mówi w filmie jeden z lekarzy.

- Na SOR-ach musimy prowadzić selekcję, kogo skierować do lekarza specjalisty, a komu pozwolić za kilka godzin lub jutro umrzeć w oczekiwaniu na pomoc - dodaje pielęgniarka.

Samorządy rozkładają ręce i szukają dosłownie wszędzie oszczędności. Czasami ocierając się granic absurdu. Tak jak w przypadku władz regionu Östersund, które posunęły się nawet do tego, aby personelowi szpitala zabronić ... używania automatycznych drzwi, co ma się przyczynić do mniejszych rachunków za prąd.



Mieszkańcy Europy Zachodniej zdążyli się przyzwyczaić do myślenia, że winnymi rozpętania II Wojny Światowej nie byli wcale Niemcy, ale naziści.

Teraz przyszedł czas na to, by wyrugować ze świadomości Skandynawów, że istnieje coś, co wyróżnia Szwedów, Norwegów i Duńczyków spośród innych narodowości.

Przekonują o tym Skandynawskie Linie Lotnicze SAS w opublikowanym wczoraj filmie reklamowym. Dowiadujemy się z niego, że smörrebröd - tradycyjne duńskie kanapki, szwedzkie święto Midsommar, mięsne pulpety, czyli köttbullar są zapożyczone od innych kultur.

Na pytanie, czy istnieje coś w pełni skandynawskiego, kobiecy głos w filmie stanowczo odpowiada: - Nie ma absolutnie niczego takiego!

Kilka lat temu usłyszałem gdzieś, że jedyne, co można powiązać ze szwedzką kulturą jest to, że takowa nie istnieje. W tym duchu zrealizowany jest spot, którego reżyserem jest Szwed.

Film jest częścią kampanii reklamowej SAS. Jej celem jest podkreślenie wartości podróżowania. Skandynawski przewoźnik - całkiem słusznie - próbuje uświadomić odbiorców, że podróżowanie nas wzbogaca i inspiruje do tworzenia nowych rzeczy.

Duńska firma reklamowa, która zrealizowała spot twierdzi, że to podróże przyczyniły się do rozwoju społeczeństw. Podkreśla też, że gdyby Skandynawowie nie byli ciekawi świata, to Skandynawia nie wyglądałaby dziś tak, jak wygląda. Nietrudno się z tym nie zgodzić.

Jednak twierdzenie, że typowe dla kultur krajów skandynawskich zwyczaje, tradycje, czy narodowe dania są zapożyczone od innych, jest próbą tworzenia rzeczywistości alternatywnej i wykorzenienia z ludzkiej świadomości wszystkiego, co może odwoływać się do prawdy obiektywnej.

Kultura rozumiana według angielskiego antropologa i socjologa Edwarda Taylora, jako złożona całość obejmująca wiedzę, wierzenia, sztukę, prawo, moralność, obyczaje nabyte przez członka danej społeczności, jest dla postmodernistów niewygodna.

Dzisiaj w globalnym świecie istnieje popyt na uniwersalne przekazy, które mają projektować idealny świat, którego obywateli łączy wspólne dziedzictwo kulturowe i troska o przyszłość planety.

Okazuje się jednak, że nie jest tak łatwo wymazać prawdę ze świadomości ludzi. Po fali krytyki, jaka rozlała się w mediach społecznościowych SAS usunął film z sieci. Nie odniósł się do negatywnych opinii na jego temat tak, jak gdyby spotu nigdy nie było.

Tworzenie alternatywnej rzeczywistości ma to do siebie, że jest wyłącznie alternatywą, czyli substytutem, który jak wyrób czekoladopodobny - nigdy nie będzie pełnowartościowy.
1234567