Szczecin 1945 - bohaterowie, antybohaterowie i zwykli pionierzy
Radio SzczecinRadio Szczecin » Szczecin 1945 - bohaterowie, antybohaterowie i zwykli pionierzy
Einsatzgruppe Keller - specjaliści od podwodnej dywersji
Einsatzgruppe Keller - specjaliści od podwodnej dywersji

Zablokowanie pracy portu w Szczecinie po zajęciu miasta przez Rosjan, było w planach nazistów bardzo ważnym zadaniem. W jednym z poprzednich odcinków tej opowieści o 1945 roku wspominaliśmy, że już 1 maja, czyli po wyjściu Niemców z miasta, niemieccy dywersanci podpalili w piwnicach gmachu dawnej Rejencji szczecińskiej, składowane tam dokumenty planów portu szczecińskiego. Z wspomnień, wiadomo, że w porcie działały dywersyjne grupy nurków, które wysadzały najbardziej strategiczne obiekty. O tym epizodzie wiemy jeszcze mniej niż o grupach dywersantów - podpalaczy. Port od razu po zdobyciu miasta przejęła Armia Czerwona i polskie władze nie były tam wpuszczane, ale Piotr Zaremba, powołując się na informacje od wojennego komendanta miasta, pułkownika Aleksandra Fiedotowa pisze w swoich wspomnieniach:

„10 maja ujęto na wyspach nadodrzańskich grupę niemieckich nurków, których zadaniem było dokończenie niszczenia dźwigów portowych. Niemcy dokonywali też zamachy na prowizoryczne mosty wojskowe zbudowane w poprzek Odry. Mimo, że nie wiedzieli o zakończeniu się wojny, skorzystali z pierwszego starcia, by się poddać bez oporu.”

Tyle Zaremba. Kim byli nurkowie? Historyk Jan Sinius wskazuje, że mogliby to być członkowie grupy porucznika Alfreda Kellera, tak zwana „Einsatzgruppe Keller” wyspecjalizowana w wysadzaniu mostów. W marcu i kwietniu 1945 roku grupa ta operowała nad Odrą w rejonie Dziwnowa, Wolina i miasta Schwedt. Pod samym Szczecinem udało im się wysadzić dwa mosty pontonowe. O tym, co się stało z dywersantami po wpadnięciu w ręce Rosjan, nic nie wiemy, ale zazwyczaj rozstrzeliwano ich po przesłuchaniach.

FS Kampfschwimmergruppe Ost z dowóca kellerem png
Płetwonurkowie dywersanci od porucznika Kellera w trakcie ćwiczeń na poligonie koło Szczecina

Był jeszcze jeden dywersyjny czynnik pozostawiony przez Niemców. Do Urzędu Miejskiego w Szczecinie przywieziono na początku maja 1945 roku parę skrzyń z niemiecką czekoladą, znalezionych w porzuconym niemieckim wagonie na dworcu w Pile. Czekolada była wtedy niesłychanym rarytasem i nic dziwnego, że tabliczki z czekoladą szybko znalazły amatorów. Zaczęły się kłopoty. Okazało się, że była to specjalna czekolada produkowana dla pilotów Luftwaffe, naszpikowana środkami przeciwko senności, choć na opakowaniu nic o tym nie było. Taką czekoladę faszerowano specyfikiem o nazwie „Pervitin” , który przypominał działaniem metaamfetaminę.

Jak wspominał Piotr Zaremba przez kolejne dni, wielu jego podwładnych słaniało się ze zmęczenia po korytarzach urzędu na Wałach Chrobrego, bo nie mogli zasnąć przez kolejne noce. Czekoladka z „amfą” nie wyszła im na zdrowie.

Pervitin Fiolka
Fiolka Pervitinu. Cudowny środek na utrzymywanie żołnierzy Luftwaffe i załóg niemieckich czołgów w "przedłużonej gotowości bojowej"


Znaczki Gdansk-Szczecin. Znaczki za Szczecinem musiały wtedy wzbudzać spore zaintersowanie Polaków. O przyznaniu Szczecina Polsce mówiono wtedy w ekipie Bieruta półgębkiem
Znaczki Gdansk-Szczecin. Znaczki za Szczecinem musiały wtedy wzbudzać spore zaintersowanie Polaków. O przyznaniu Szczecina Polsce mówiono wtedy w ekipie Bieruta półgębkiem


Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego czyli komunistyczny pseudorząd powstały pod kuratelą Stalina, od początku swego istnienia w Chełmie a potem Lublinie, w lipcu 1944 roku bardzo dbał o wszelkie atrybuty legalności. To dlatego już we wrześniu tego roku lubelska Dyrekcja Okręgowa Poczty i Telegrafów z błogosławieństwem Bolesława Bieruta, zamówiła druk nowych znaczków w moskiewskiej drukarni skarbowej. Sowietom też zależało na nadaniu PKWN-owi atrybutów legalnej władzy, więc zamówienie z Lublina
mimo wojennych warunków wykonano w Moskwie szybko i sprawnie. Jak to wtedy mawiano: „sprawa była najwyższej rangi państwowej”. Pierwsze znaczki przedstawiały piastowskiego orła z czapek żołnierze Armii kościuszkowskiej. Zwany on był złośliwie przez polskich patriotów w Lublinie „wroną”, ale od początku 1945 roku wydawano już kolejne serie znaczków. Uczczono między innymi rocznicę Powstania Styczniowego, a potem wybuchu Powstania Kościuszkowskiego i wreszcie wyzwolenie dziesięciu polskich miast.
Na kwiecień 1945 roku zaplanowano specjalną serię znaczków, nawiązujących do Święta Morza, które to święto było obchodzone wówczas 20 lutego, na pamiątkę wydarzeń z 1920 roku, kiedy to generał Józef Haller rzucił pierścień do Bałtyku w ramach zaślubin z morzem. I oto właśnie Liga Morska, zasłużona instytucja lansująca polska politykę morską, którą wskrzeszono w Lublinie w 1944 roku, miała otrzymać część zysków z emisji tego znaczka.
Co może dziwić w tym znaczku? Dwie rzeczy.
Po pierwsze władze PKWN miały wówczas, co prawda podpisany ze Stalinem traktat, który zapowiadał, że Polska uzyska Szczecin, ale oficjalnie w propagandzie PKWN o tym milczano. Jeśli mówiono o przyszłych granicach, to bardziej o linii Odry, bez jednoznacznego deklarowania, że gród Gryfa będzie polski. Po drugie, gdy znaczek trafiał do obiegu w Polsce, nad Szczecinem powiewała jeszcze flaga ze swastyką i nie było wiadomo dokładnie, jak długo będzie trwało zdobywanie miasta.
Miasto ogłoszono twierdzą i Niemcy mieli bronić go do upadłego jak Wrocław. Poszło akurat szczęśliwie, Armia Czerwona zdobyła już 26 kwietnia metropolię nad Odrą, ale i tak jeszcze potem przez dwa miesiące trwały targi wokół przekazania metropolii nad Odrą Polsce.
Znaczek był wyrazem wiary, że państwo polskie obejmie ujście Odry. Jest on dzisiaj stosunkowo rzadki. Wśród szczecińskich filatelistów darzony jest wyjątkowym
sentymentem i nic dziwnego, bo była to w kwestii przyszłych losów Szczecina i jego
przynależności do Polski – był on całkiem szczęśliwą wróżbą.

znaczek 2
Zdjęcie listonoszy z 1947 r. wykonane w Sianowie na Pomorzu Zachodnim
„Jedynym grzechem jest tchórzostwo” – taki styl propagandy III Rzeszy wytwarzał mentalność fanatyków, którzy pozostawali w opuszczonym przez Niemców Szczecinie w celu przeprowadzania akcji dywersyjnych.
„Jedynym grzechem jest tchórzostwo” – taki styl propagandy III Rzeszy wytwarzał mentalność fanatyków, którzy pozostawali w opuszczonym przez Niemców Szczecinie w celu przeprowadzania akcji dywersyjnych.

Ten motyw powtarza się we wszystkich wspomnieniach z pierwszych trzech tygodni po odbiciu Szczecina spod władzy Niemców. Plaga pożarów i podpaleń. Hitlerowcy wycofując się z miasta, pozostawili grupy dywersyjne złożone z najbardziej fanatycznych SS-manów i członków Hitlerjugend. Dywersanci spod znaku swastyki mieli przygotowane kryjówki w gruzach Szczecina i okolicznych lasach. Przebrani w cywilne ubrania, działali w nocy, inicjując pożary w różnych punktach miasta. Ich zwalczaniem zajmowały się sowieckie patrole, złapanych dywersantów często rozstrzeliwano na miejscu lub wysyłano z innymi niemieckimi jeńcami na Sybir. Zatrzymywania podejrzanych grup niemieckich cywili, dokonywała też polska milicja, ale byli to w większości ochotnicy, którzy nie mieli jeszcze wojskowego, czy milicyjnego doświadczenia. Do dzisiaj cała ta sprawa nie jest odpowiednio zbadana. Mało kto wtedy prowadził dokumentacje incydentów z udziałem niemieckich dywersantów.


Szczecin ulica Staromiejska w pierwszych dniach po wesciu Rosjan. W takich ruinach urządzały swoje kryjowki niemieckie grupy dywersyjne
Ulica Staromłyńska tuż po zajęciu miasta przez Rosjan. W takich gruzach ukrywały się grupy nazistowskich podpalaczy.


Nieco światła na te wydarzenia rzuciłaby dokumentacja sowieckiej NKWD ale ta spoczywa w pilnie strzeżonych archiwach w Moskwie. Ale nieco śladów po tamtych atakach pogrobowców III Rzeszy pozostało we wspomnieniach Polaków z tamtych dni. Były to dni wytężonej służby dla pierwszych polskich strażaków, którzy objęli remizę przy ulicy Grodzkiej. Do gaszenia pożarów skierowano wtedy wielu Polaków, którzy zgłaszali się do władz miasta, gotowi do ochotniczej służby. W raporcie polskich władz miejskich dla urzędu Pełnomocnika Rządu w Pile z 1 maja 1945 czytamy:

„Proszę o niezwłoczne zarządzenie przysłania obsad straży pożarnej z Poznania i innych miast do Szczecina. Dziś było 21 pożarów, z czego 17 dywersyjnych, według oświadczenia komendanta miasta. W tej chwili gasimy podpalony gmach Urzędu wojewódzkiego (skrzydło północne). Pożar wybuchł w piwnicy – wyraźne podpalenie przez dywersję, mimo posterunków”.

Wspomniany w raporcie pożar zniszczył bezcenną dokumentację i plany portu szczecińskiego. Utrudniło to potem odbudowę urządzeń portowych.

Piotr Zaremba pisząc o wydarzeniach w dniu 4 maja 1945 roku wspominał:

„Pożary w mieście nie ustawały i podpalacze działali nadal, omijając fragmenty dzielnic już przez nas zaludnionych. O tym, że niemieckie grupy wojskowe wciąż jeszcze działają z ukrycia świadczy incydent, jaki wydarzył się 4 maja o godzinie 15. Gdy Jan Lesikowski wciągał biało-czerwoną flagę na maszt gmachu zarządu miejskiego przy Jasnych Błoniach, strzelano do niego i jego kolegów z ruin narożnego domu przy ulicy Felczaka. Natychmiastowa obława przeprowadzona przez znajdujących się w gmachu poznańskich milicjantów pod dowództwem sierżanta Stefana Koniecznego, doprowadziła do ujęcia dwóch uzbrojonych hitlerowców w cywilnych ubraniach. Reszta Niemców dywersantów wycofała się do pobliskiego Lasu Arkońskiego, gdyż (jak się to za pięć dni okazało)- tam właśnie znajdował się zawczasu przygotowana baza do długotrwałej działalności dywersyjnej."

Ostatnią wielką akcją wzniecenia pożaru, którą przypisywano niemieckim dywersantom był pożar tak zwanego „Czerwonego ratusza” przy Placu Tobruckim. Według innej wersji gmach podpalił, strzegący go niemiecki strażnik, który w ataku szału wymordował własną rodzinę i podpalił gmach za pomocą kanistrów z benzyną. Tak czy inaczej budynek spłonął w całości, pełen bezcennej wtedy powierzchni biurowej. Przy okazji spłonęło też bardzo wiele dokumentacji miejskiej. Budynek odbudowano dopiero w 1959 roku. Od połowy maja liczba podpaleń o typowo dywersyjnym charakterze spada, ale pojawia się za to nowy problem - to pożary wzniecane przez pijanych żołnierzy sowieckich, lub podpalenia mające zamaskować działalność polskich szabrowników.


Ruiny spalonego tzw Czerwonego ratusza przy Placu Tobruckim w Szczecinie

Ruiny Czerwonego ratusza przy Placu Tobruckim pozostałe po podpaleniu gmachu w pierwszych dniach maja 1945.
Portert Fryderyka III
Portert Fryderyka III

Piotr Zaremba, wtedy jeszcze tymczasowy prezydent Szczecina, patrzył na polityczną sytuację wiosną 1945 roku bez większych złudzeń. Był przekonany, że wiodącą siłą w kraju będą komuniści z PPR, ale wierzył, że z racjonalnych powodów będą chcieli jakoś ułożyć sobie relacje z propaństwowymi fachowcami takimi jak on. Dlatego uważnie dbał o gesty wobec ekipy Bieruta. Już wyruszając z Piły do Szczecina, zadbał, by pojechał z nim reprezentant komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej i z tego też powodu nie zapomniał, by już drugiego dnia swoich rządów w Szczecinie, zorganizować akademię pierwszomajową, dla nielicznej wtedy grupy Polaków w metropolii nad Odrą. Uroczystość odbyła się w Sali Rycerskiej, dużym, plenarnym pomieszczeniu na parterze gmachu dawnej Rejencji pruskiej na Wałach Chrobrego.

Przy wybitych szybach, bez krzeseł i ławek, bo te wywieźli gdzieś Niemcy. Wszyscy stali. Za dekorację robiło parę polskich flag i świeże kwiaty, które zebrała z opuszczonych pobliskich ogródków córka szefowej stołówki, pani Barbara Dudkiewicz-Nalewajko. Główną ścianę sali zajmował olbrzymi portret niemieckiego kajzera Fryderyka III (1831-1888). Konny pomnik Fryderyka III stał na miejscu dzisiejszego pomnika Adama Mickiewicza niedaleko Wałów Chrobrego. Piotr Zaremba w swoich wspomnieniach pomylił go z Otto von Bismarckiem, który także bywał uwieczniany w podobnym, konnym ujęciu.
Według zachowanego opisu polskiego prezydenta Szczecina, obraz w Sali rycerskiej wyglądał tak:

„Na ciemnym tle pobojowiska wojny z Francją, oświetlonego łuną pożarów widniał, żelazny kanclerz jako olbrzymi jeździec w złotym szyszaku. (...)Spoglądał na nas a my na niego, nie trwało to jednak długo. Znalazła się drabina i twarz Bismarcka zasłonił wielki biały orzeł na czerwonym tle. Zdjęcie tego malowidła otoczonego olbrzymią ciężką, złoconą ramą, przerastało wówczas możliwości zebranych.”


Sala planarna gmachu Rejencji szcecińskiego z konnym portretem cesarza Fryderyka III w czasach niemiekciego panowania
Sala plenarna gmachu Rejencji szczecińskiej z konnym portretem cesarza Fryderyka III w czasach niemieckiego panowania

Zaremba był urbanistą a nie historykiem i można mu wybaczyć, że pomylił Bismarcka z Fryderykiem. Tym bardziej, że pruscy herosi w złotych szyszakach mylili się wtedy Polakom, którzy z jednakową niechęcią traktowali taką teutońską "starzyznę".

Pytanie, co potem stało się z tym obrazem?
Zapytałem dyrektora Muzeum Narodowego w Szczecinie, pana Lecha Karwowskiego, czy malowidło z gmachu Urzędu wojewódzkiego trafiło do muzealnych zbiorów? Okazuje się, że nie. Jak się zdaje, nikt nie wie, co się z nim stało. Najprawdopodobniej wielgachny obraz bez żalu wyrzucono już wtedy na śmietnik. Portrety pruskich cesarzy bywały różnej jakości, a każdy urząd w dawnej Rzeszy chciał mieć jak najbardziej wspaniały obraz będący hołdem dla któregoś z Hohenzollernów. Wiele z nich było po prostu efektownymi kiczami. Ówcześni polscy szczecinianie mieli zbyt wiele świeżych wspomnień o krzywdach, jakie wyrządził im niemiecki szowinizm, by troszczyli się o propagandowe malowidło, relikt epoki Kajzerów. Co więcej, ówcześni pionierzy byliby zapewne bardzo zdziwieni, że dziś ktoś mógłby żałować ogromnego obrazu z niemieckim cesarzem, który symbolizował epokę brutalnej germanizacji Polaków. A już dzisiejszego sentymentu do nazwy „Wieża Bismarcka”, której używa się wciąż bardzo często wobec wieży na Gocławiu, w ogóle nie byliby chyba w stanie pojąć. I jeszcze jedno. Polski orzeł wisi w Sali rycerskiej na Wałach Chrobrego na miejscu portretu „Kajzera Fritza” do dziś.


Sala plnaran UW w Sczecinie dziś.
Tak sala plenarna UW wygląda dziś
Franciszek Jamroży
Franciszek Jamroży

Wstyd przyznać, ale porucznik Franciszek Jamroży, pierwszy zastępca Piotra Zaremby, w kwietniu 1945 roku, tuż po objęciu miasta, został uczczony na mapie Szczecina dopiero we wrześniu tego roku. Jego imieniem nazwano skwer na rogu ulic: Bolesława Prusa i Jana Kochanowskiego. Można powiedzieć, że lepiej późno niż wcale, bo 30 kwietnia, gdy polska ekipa objęła gmach, to on wciągnął pierwszą polską flagę nad Szczecinem.

Piotr Zaremba wspominał, 30 kwietnia 1945 r. że po objęciu gmachu dawnej rejencji szczecińskiej na obecnych Wałach Chrobrego wraz z Jamrożym, natychmiast zaczęli szukać wejścia na wieżę budynku późniejszego urzędu wojewódzkiego.

„Torując sobie drogę, wśród zwałów leżącej na schodach broni, doszliśmy szerokimi na najwyższe piętro, skąd węższe drewniane drzwi prowadziły przez strych do platformy na ściętej wieżyczce, górującej nad stromym wysokim dachem”.

Jak wspominał Zaremba, widok z tarasu wieży „zapierał dech”. Widać było taflę Jeziora Dąbie, doskonale było widać zgliszcza portu, zwalone dźwigi portowe, zniszczone nabrzeża, sterczące z wody szczyty zatopionych statków. Jak notował Zaremba:

„Od zachodu ponad szczytami drzew, widniały spalone, zakręcone, ruiny Śródmieścia, dął silny wiatr. Niełatwo przyszło nam umocować naszą ogromną biało-czerwoną flagę i wciągnąć ją na wysoki maszt, spuściwszy uprzednio biały obrus, który jako biała flaga kapitulacyjna zawisł z wieży. Jeszcze chwile patrzyliśmy w łopocącą chorągiew i w ogrom zniszczeń”.

Kim był zastępca Zaremby, który razem z nim wciągał biało-czerwoną flagę na Wałach Chrobrego? Porucznik Franciszek Jamroży został wzięty do niewoli we wrześniu 1939 roku. W marcu 1945 roku został wyzwolony z obozu jenieckiego, w czasie wypychania Niemców z Pomorza zachodniego. Szybko zgłosił się do grupy technicznej, która miała objąć Lębork a potem dołączył do grupy Zaremby, która wyruszyła do Szczecina. Przez najbliższe trzy miesiące będzie najbliższym współpracownikiem Zaremby, odpowiedzialnym jako były wojskowy za utworzenie pierwszej polskiej milicji w mieście.
Dla udokumentowania aktu wciągnięcia polskiej flagi nad Szczecinem Zaremba i Jamroży sporządzili specjalny akt. Nie było jeszcze papierów firmowych. Orła bez korony wyrysowano ręcznie a nagłówek urzędowy odbito za pomocą zabawki - dziecięcego zestawu liter, które jeden z członków polskiej ekipy przywiózł z Poznania. No cóż, takie to były czasy, tak trzeba było sobie radzić. Jak wspominał Zaremba „nie mieliśmy jeszcze ani pieczęci, ani innego emblematu władzy, wystarczyło tylko to, że już byliśmy w Szczecinie”.

dokument

Po uroczystym akcie wciągnięcia flagi odbyła się krótka odprawa polskiej ekipy. Po niej pierwsi polscy milicjanci wraz z porucznikiem Jamrożym przystąpili do zajmowania kolejnego gmachu na Wałach Chrobrego. Był to gmach późniejszej Wyższej Szkoły Morskiej, która dzisiaj nosi nazwę Politechniki Morskiej.
Zwykłych Niemców wiosną 1945 roku mało kto fotografował. Ale to zdjęcie fotoreportera amerykańskiego magazynu ilustrowanego "Life", doskonale oddaje nastrój mieszkańców podbitego kraju. Niemieccy mieszkańcy Szczecina zapewnie wyglądali bardzo poodobnie.
Zwykłych Niemców wiosną 1945 roku mało kto fotografował. Ale to zdjęcie fotoreportera amerykańskiego magazynu ilustrowanego "Life", doskonale oddaje nastrój mieszkańców podbitego kraju. Niemieccy mieszkańcy Szczecina zapewnie wyglądali bardzo poodobnie.

Przełom kwietnia i maja 1945 roku. Rosjanie, owszem, nie przeszkadzają Piotrowi Zarembie objąć miasta, ale wynajdują sobie niemieckich burmistrzów i jak się okazuje, ich władza będzie trwała jeszcze całkiem długo.

W jednym z poprzednich odcinków naszej sagi o Szczecinie w 1945 roku, opowiedzieliśmy o tym jak niemiecki komunista Erich Wiesner, zorganizował bramę triumfalną ku czci Armii Czerwonej. Ci, którzy wpadli na ten wspaniały dowód sympatii byli zdziwieni i całkiem serdecznie wyściskali Wiesnera. Ale idący za żołnierzami specjaliści z NKWD, nie byli już tacy ufni. Wiesner trafił do obozu filtrującego NKWD, gdzie w trakcie skrupulatnych przesłuchań był badany, czy tak naprawdę jest ukrywającym się działaczem KPD, a może hitlerowskim prowokatorem. Gdy Wiesnera maglowali śledczy, inny komunista niemiecki ze Szczecina, Ernst Rauch, został obwołany przez Rosjan pierwszym powojennym burmistrzem.

Erich Rauch
Ernst Rauch

Początkowo polem jego działania było tylko Pogodno, potem, gdy ten rejon Szczecina przeznaczono na dzielnicę dla oficerów i żołnierzy rosyjskich, Niemców postanowiono osiedlić i zgrupować na terenie Niebuszewa. Rauch musiał czymś podpaść sowietom, bo już po dwóch tygodniach, 5. maja został zastąpiony Erichem Spieglem, tym razem z partii socjaldemokratycznej. Rosjanie preferowali komunistów, ale byli też pragmatykami, więc jeśli znaleźli kogoś lepszego, to i nie wadziła im etykietka SPD.

Spiegel, rodem z Goleniowa trafił w 1944 r. do sowieckiej niewoli i tam jego indoktrynacją zajął się Narodowy Komitet Wolne Niemcy, za pomocą którego Sowieci przygotowywali lokalne kadry na potrzeby okupowanych powojennych Niemiec. Spiegel jako niemiecki burmistrz okazał się wyjątkowo wierny usługom Rosjan, nawet doczekał się decyzji wielkich mocarstw z 16 maja, kiedy to kazano polskiemu prezydentowi opuścić Szczecin i mógł poczuć się, wygranym i jedynym na ringu.

Ernst Spiegel
Erich Spiegel

W magistracie niemieckim na Niebuszewie, powiało optymizmem, tym bardziej, że szanse na to, że da się utrzymać Szczecin przy Niemcach mogły zdawać się rosłe. Tworzono komitety blokowe z tak zwanymi niemieckimi „mężami zaufania”, zaczęła działać niemiecka poczta, rozpoczęto wydawanie tymczasowych niemieckich dowodów tożsamości, a do Szczecina zaczęło powracać coraz więcej mieszkańców, który musieli opuścić w ramach ewakuacji. Zaczęły krążyć plotki, że alianci, stworzą ze Szczecina wolne miasto z dzielnicami: polską, niemiecką i - uwaga - czechosławacką. Nasi południowi sąsiedzi mieli rzekomo otrzymać swój własny sektor w wolnym mieście Szczecin, jako rekompensatę za straty wojenne i element uzyskania dostępu do morza. Ktoś, kto bardzo chce wierzyć w cuda, uwierzy we wszystko, dlatego Niemcy łykali tego typu plotki mając nadzieję, że jakoś to będzie. Z kolei Polacy, którzy już osiedlili się w Szczecinie i musieli obserwować jak polskie władze opuszczają miasto, mogli tylko trwać w nadziei na zmianę sytuacji i twardo wierzyć, że może szczęście za jakiś czas uśmiechnie się do Polaków.
(fot.: encyklopedia.szczecin.pl)To pompa przy Placu Andersa. Ta z Placu Zwycięstwa już nie istnieje.
(fot.: encyklopedia.szczecin.pl)To pompa przy Placu Andersa. Ta z Placu Zwycięstwa już nie istnieje.

Czy znacie Państwo zabytkowe pompy, które jeszcze do dzisiaj widoczne są w centrum Szczecina? Jedna z takich pomp stała na obecnym Placu Zwycięstwa i właśnie 30 kwietnia 1945 roku, gdy Piotr Zaremba wjeżdżał swoim samochodem na Plac Zwycięstwa, zauważył starszą kobietę, która trzymała dwa wiadra, do których chciała właśnie przy tej pompie nabrać wody. Jak wspomina:

„Na nasz widok kobieta zmartwiała, ale po chwili, zamiast uciekać porzuciwszy na jezdni wiadra, pobiegła przez plac wprost w kierunku naszego samochodu. Siwa staruszka nie mogła złapać tchu. Wykrzykiwała coś bezwładnie. Wysiadłem, pytając po niemiecku czego chce. Odpowiedziała, że wraz z mężem Janem Łabędziem, mieszka od trzydziestu lat w Szczecinie, że słyszała, że Polacy mają wejść do Szczecina i że właśnie zobaczyła polską flagę.”

Dziś trudno nam wyobrazić sobie, jakie wrażenie robiła na Polakach niewielka polska chorągiewka przymocowana do polskiego fiata Piotra Zaremby. W czasie niemieckiej okupacji była to rzecz, której nie można było zauważyć nigdzie. Przez długich 6 lat wojny, nawet najmniejsza chorągiewka mogła ściągnąć na Polaka mieszkającego w Szczecinie karę śmierci.
Zaremba dowiedział się od pani Łabędziowej, że w Szczecinie są Polacy, choć nieliczni. Chowają się dalej w piwnicach, gdyż nie wiedzą do końca, do kogo należy miasto i kiedy nastąpi jakakolwiek stabilizacja. To dogadywanie się jak Polak z Polką poszło bardzo udanie. Pani Łabędziowa obiecała, że jeszcze tego samego dnia przyprowadzi znanych jej Polaków ukrywających się w gruzach Szczecina do budynku na Wałach Chrobrego i tam zaczną zastanawiać się, jak mogą pomóc nowej polskiej ekipie przybyłej do miasta. Ci Polacy, którzy doskonale znali miasto w czasie wojny i wcześniej, byli doskonałym początkiem polskiej administracji. Wiedzieli, gdzie są odpowiednie magazyny żywności, gdzie są byłe urzędy, gdzie wreszcie można znaleźć pierwsze kuchnie do rozpoczęcia wydawania posiłków.
Polacy ci, z dumą nazywali się 'pierwszymi szczecinianami' i zasługiwali na ten tytuł z całkowitą pewnością.


Takim samochodem P. Zaremba podbił Szczecin
Takim samochodem P. Zaremba podbił Szczecin

28 kwietnia 1945 roku Piotr Zaremba z grupą operacyjną wjeżdża po raz pierwszy w życiu do Szczecina. Od dwóch dni ma nominację na polskiego prezydenta Szczecina. Podróżował warz z kpt. Wiktorem Jaśkiewiczem niewielkim Polskim Fiatem 508 ze sporą polską chorągiewką i wjechał do miasta przez dzisiejszą ulicę Ku Słońcu.
Bardzo szybko natrafiono na poważne problemy. Zwały olbrzymiego wiaduktu tarasowały ulicę. Nie było rady, przybysze musieli dostać się do centrum miasta okrężną drogą przez Pogodno, przez Brunner Alee - dzisiejszą ulicą Witkiewicza. Kolejny raz zagrodziły im drogę zasieki na Jahnstrasse - obecnej ulicy Kazimierza Twardowskiego. Po odsunięciu kilku zapór z drewna, mały fiat polskiej ekipy przecisnął się między barykadami i przejechał pod wiaduktem kolejowym. Zaremba, jak wspominał, miał szczęście. Wszystkie inne przejazdy kolejowe były wtedy w Szczecinie zaminowane, z wyjątkiem tego jednego, ale wtedy, jeszcze o tym nie wiedział.
Miasto było przerażająco puste i ciche. Trzeba było jechać niezwykle uważnie, aby się nie zaplątać w druty tramwajowe leżące na jezdni. Zaremba wspominał:

„Idziemy chodnikiem dzisiejszej alei Wojska Polskiego (wtedy Falkenwalderstrasse- przyp.aut.), echo odbija się od ścian niezniszczonych kamienic. Byłem już przyzwyczajony do ruin, do zniszczeń i pożarów, natomiast to, co wówczas było przerażające w Szczecinie, to cicha pustka opuszczonego miasta, ani żywego ducha, cisza, którą przerwały jedynie szumy naszego samochodu. Stanowimy z kapitanem Jaśkiewiczem pierwszą i jedyną parę nowych mieszkańców Szczecina, miasta porzuconego”.

Owa pustka na ulicach Szczecina była efektem bardzo rygorystycznej akcji ewakuacji niemieckiej ludności Szczecina, dokonanej przez władze III Rzeszy. Ta okoliczność od początku była bardzo korzystna dla Zaremby. Powracający z Niemiec przez Szczecin Polacy, wracający z robót i obozów jenieckich, mogli od razu zasiedlać puste centrum Szczecina.
Zaremba nie zdecydował się tamtego dnia nocować w mieście i postanowił wrócić do Piły, ale już wtedy spotykał Polaków. I znów sięgnijmy, do jego wspomnień:

Było już późno, kiedy jadąc z miasta tą samą drogą, przejeżdżaliśmy przez Gumieńce. Znów spotykamy grupy Polaków kierujących się pieszo do odrzańskiej przeprawy, z pominięciem śródmieścia, do którego boją się wejść.

Polacy nadciągający z zachodu, z zaskoczeniem dowiadywali się, że są już w Polsce.


27 kwietnia 1945 roku był piątek. Piotr Zaremba był już mianowany szefem ekipy techniczno-budowlanej, która miała objąć Szczecin. Nic dziwnego, że z niecierpliwością czekał na informację o tym, kiedy miasto wpadnie w ręce Rosjan i będzie mógł wyjechać, by obsadzić metropolię nad Odrą. Czekając na wieści z frontu w Poznaniu kompletował potrzebną ekipę techników miejskich. W rzeczony piątek, przechadzając się na poznańskim placu Wyspiańskiego, zobaczył nagle grupę ludzi gromadzącą się wokół głośnika. Z megafonu ogłaszano właśnie, że „wojska 2. Frontu Białoruskiego zdobyły główne miasto Pomorza - Szczecin”. Jak wspomina Zaremba, natychmiast przerwał swój spacer i już po kilku minutach znalazł się przy willi przy ulicy Konopnickiej 6, gdzie swoją siedzibę miał pełnomocnik rządu lubelskiego na Pomorze Zachodnie – pułkownik Leonard Borkowicz. W Poznaniu przebywał akurat zastępca Borkowicza kapitan Wiktor Jaśkiewicz.

Zaremba chciał się dowiedzieć o szczegółach zdobycia miasta i poprosić o jakiś samochód, bo wtedy to był towar deficytowy, aby dostać się do Szczecina. Jak wspominał po latach:


Była trzecia po południu, gdy nacisnąłem dzwonek furtki wiodącej do ogródka willi. W tej samej chwili otworzyły się drzwi i stanął w nich kapitan Jaśkiewicz w płaszczu ubrany do wyjścia. Spotkaliśmy się na schodach. Jego pierwszym pytaniem było, co ja robię w Poznaniu, miałem być w Pile. Przerwał mi, gdy zacząłem tłumaczyć i wciągnął mnie do swojego gabinetu."


Jak się okazało, Jaśkiewicz pokazał Zarembie depeszę od Borkowicza, która nakazywała mu natychmiast objąć miasto. Jaśkiewicz dał Zarembie do zrozumienia, że spadł mu z nieba. Zapytał czy pojechałby z nim do Szczecina i czy zgodziłbym się zostać prezydentem miasta. Zaremba pisał: „Oszołomiony tymi perspektywami zgodziłem się na wyjazd do Szczecina, nie bardzo zdając sobie sprawę z konsekwencji tej decyzji.”

Już pół godziny później, małym przedwojennym polskim fiatem jechał z Jaśkiewiczem w kierunku metropolii nad Odrą, by po noclegu w Pile dotrzeć do Szczecina 28 kwietnia 1945 roku. Jak wspomina Zaremba: „Zastanawiałem się wielokrotnie, jakby się potoczyło moje dalsze życie, gdybym przyszedł do willi przy Konopnickiej pół godziny później?” No właśnie, dobre pytanie. Jaśkiewicz pewnie znalazłby w Pile - tymczasowej siedzibie województwa zachodniopomorskiego - jakiegoś innego kandydata na prezydenta grodu Gryfa. Traf chciał, że Zaremba wykazał się refleksem. I potem już swej historycznej szansy długo nie dał sobie wyrwać z rąk.


12