Już 16 lipca obchodzimy Światowy Dzień Sztucznej Inteligencji. To dobra okazja, by wrócić do początków tej technologii. W najnowszym odcinku Sekretów Sztucznej Inteligencji opowiadamy historię AI. Od Alana Turinga i konferencji w Dartmouth po ChatGPT, Gemini i inne narzędzia, z których dziś korzystają miliony ludzi.
Wyobraź sobie, że jest rok 1956. Nie ma internetu, smartfonów, a w większości domów brakuje nawet kolorowej telewizji. I w tym samym czasie, po drugiej stronie globu, grupa amerykańskich naukowców spotyka się na Uniwersytecie Dartmouth z absolutnym przekonaniem, że już za kilka lat stworzą maszynę myślącą dokładnie tak jak człowiek. Tak właśnie narodziła się sztuczna inteligencja.
Brzmi niewiarygodnie? A jednak od tamtej chwili minęło prawie 70 lat. Dzisiaj, gdy zbliża się Światowy Dzień Sztucznej Inteligencji, warto cofnąć się do początku tej historii, bo tak naprawdę wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej.
W 1950 roku brytyjski geniusz matematyczny Alan Turing opublikował tekst, który do dziś uznawany jest za fundament AI. Większość ludzi myśli, że próbował odpowiedzieć na pytanie: „Czy maszyna potrafi myśleć?”. Ale to nieprawda. Turing zadał znacznie sprytniejsze pytanie: „Czy człowiek potrafiłby odróżnić rozmowę z komputerem od rozmowy z drugim człowiekiem?”. I tak powstał słynny Test Turinga. Eksperyment z którym tak naprawdę spotykamy się dzisiaj za każdym razem, gdy otwieramy okno rozmowy z ChatGPT lub Gemini.
Sześć lat później naukowcy z Dartmouth oficjalnie stworzyli termin Artificial Intelligence, czyli „sztuczna inteligencja”. Entuzjazm był ogromny. Niektórzy badacze byli przekonani, że stworzenie w pełni inteligentnej maszyny zajmie im może jedno lato. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to niemal uroczo.
Szybko jednak przyszedł zimny prysznic. Ówczesne komputery były po prostu zbyt słabe, a algorytmy nie miały na czym pracować. Twój dzisiejszy smartfon ma tysiące razy większą moc obliczeniową niż maszyny, którymi dysponowali pionierzy AI. Brakowało pamięci, potężnych procesorów i przede wszystkim danych. Nie było internetu, który mógłby dostarczyć informacji potrzebnych do nauki.
To zderzenie z rzeczywistością doprowadziło do czegoś, co dziś w historii technologii nazywa się „zimą sztucznej inteligencji”. Brzmi to jak tytuł filmu science fiction, ale dla naukowców była to brutalna rzeczywistość. Granty badawcze nagle wyschły, laboratoria zamykano, a samo użycie sformułowania „sztuczna inteligencja” w świecie akademickim stało się wręcz towarzyskim żartem. Przez dekady AI była symbolem niespełnionych, przesadzonych obietnic.
Przełom, choć jeszcze nie ten ostateczny, nastąpił w 1997 roku. Cały świat z zapartym tchem śledził wtedy szachownicę, przy której komputer IBM Deep Blue rzucił wyzwanie mistrzowi świata Garriemu Kasparowowi. Maszyna wygrała, ale mało kto zna najciekawszy sekret tego pojedynku. Podczas jednej z partii komputer wykonał ruch tak niekonwencjonalny, że Kasparow uznał go za dowód genialnej strategii i wpadł w panikę. Po latach okazało się jednak, że był to zwykły błąd w kodzie programu. Arcymistrz doszukał się głębokiego intelektu tam, gdzie maszyna po prostu się zawiesiła.
Na prawdziwą rewolucję świat musiał jednak poczekać kolejne 20 lat. Dlaczego? Ponieważ technologia musiała domknąć wielką triadę. Potrzebowaliśmy gigantycznej ilości danych, ogromnej mocy obliczeniowej oraz nowych metod uczenia sieci neuronowych. Dopiero internet dostarczył miliardy tekstów i obrazów, a nowoczesne karty graficzne umożliwiły wykonanie bilionów operacji w ułamku sekundy. Pomysły sprzed pół wieku wreszcie dostały paliwo, którego tak bardzo potrzebowały.
Co ciekawe, w tej globalnej układance swój ślad zostawili również Polacy. Jan Łukasiewicz opracował sposób zapisywania działań matematycznych, z którego do dziś korzystają programiści. Z kolei Jacek Karpiński w latach 70. budował minikomputery, które technologicznie wyprzedzały swoje czasy o całe epoki. Choć z powodów politycznych jego projekty zostały zduszone, dziś Karpiński słusznie wraca na salony jako jeden z najbardziej niedocenionych wizjonerów ery cyfrowej.
I to jest chyba największy, fascynujący sekret sztucznej inteligencji. Narzędzia, z których korzystamy dzisiaj, takie jak ChatGPT, Gemini, Claude, polski Bielik, generatory obrazów takie jak Midjourney czy FLUX, modele tworzące filmy jak Sora i Veo, a także programistyczni asystenci pokroju Copilota, nie pojawiły się z dnia na dzień.
Te systemy rodziły się w bólach przez siedem dekad. Za każdą odpowiedzią, grafiką czy linijką kodu, którą dzisiaj generujemy w kilka sekund, stoją tysiące genialnych umysłów, miliony godzin frustrujących badań i pokolenia ludzi, którzy wierzyli w coś, co przez większość XX wieku wydawało się absolutnie niemożliwe.
Kiedy 16 lipca będziemy obchodzić Światowy Dzień Sztucznej Inteligencji, warto pamiętać, że świętujemy nie tylko sukces współczesnych modeli AI. Świętujemy 70 lat pracy ludzi, którzy nigdy nie przestali wierzyć, że maszyna może nauczyć się rozumieć świat.
Brzmi niewiarygodnie? A jednak od tamtej chwili minęło prawie 70 lat. Dzisiaj, gdy zbliża się Światowy Dzień Sztucznej Inteligencji, warto cofnąć się do początku tej historii, bo tak naprawdę wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej.
W 1950 roku brytyjski geniusz matematyczny Alan Turing opublikował tekst, który do dziś uznawany jest za fundament AI. Większość ludzi myśli, że próbował odpowiedzieć na pytanie: „Czy maszyna potrafi myśleć?”. Ale to nieprawda. Turing zadał znacznie sprytniejsze pytanie: „Czy człowiek potrafiłby odróżnić rozmowę z komputerem od rozmowy z drugim człowiekiem?”. I tak powstał słynny Test Turinga. Eksperyment z którym tak naprawdę spotykamy się dzisiaj za każdym razem, gdy otwieramy okno rozmowy z ChatGPT lub Gemini.
Sześć lat później naukowcy z Dartmouth oficjalnie stworzyli termin Artificial Intelligence, czyli „sztuczna inteligencja”. Entuzjazm był ogromny. Niektórzy badacze byli przekonani, że stworzenie w pełni inteligentnej maszyny zajmie im może jedno lato. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to niemal uroczo.
Szybko jednak przyszedł zimny prysznic. Ówczesne komputery były po prostu zbyt słabe, a algorytmy nie miały na czym pracować. Twój dzisiejszy smartfon ma tysiące razy większą moc obliczeniową niż maszyny, którymi dysponowali pionierzy AI. Brakowało pamięci, potężnych procesorów i przede wszystkim danych. Nie było internetu, który mógłby dostarczyć informacji potrzebnych do nauki.
To zderzenie z rzeczywistością doprowadziło do czegoś, co dziś w historii technologii nazywa się „zimą sztucznej inteligencji”. Brzmi to jak tytuł filmu science fiction, ale dla naukowców była to brutalna rzeczywistość. Granty badawcze nagle wyschły, laboratoria zamykano, a samo użycie sformułowania „sztuczna inteligencja” w świecie akademickim stało się wręcz towarzyskim żartem. Przez dekady AI była symbolem niespełnionych, przesadzonych obietnic.
Przełom, choć jeszcze nie ten ostateczny, nastąpił w 1997 roku. Cały świat z zapartym tchem śledził wtedy szachownicę, przy której komputer IBM Deep Blue rzucił wyzwanie mistrzowi świata Garriemu Kasparowowi. Maszyna wygrała, ale mało kto zna najciekawszy sekret tego pojedynku. Podczas jednej z partii komputer wykonał ruch tak niekonwencjonalny, że Kasparow uznał go za dowód genialnej strategii i wpadł w panikę. Po latach okazało się jednak, że był to zwykły błąd w kodzie programu. Arcymistrz doszukał się głębokiego intelektu tam, gdzie maszyna po prostu się zawiesiła.
Na prawdziwą rewolucję świat musiał jednak poczekać kolejne 20 lat. Dlaczego? Ponieważ technologia musiała domknąć wielką triadę. Potrzebowaliśmy gigantycznej ilości danych, ogromnej mocy obliczeniowej oraz nowych metod uczenia sieci neuronowych. Dopiero internet dostarczył miliardy tekstów i obrazów, a nowoczesne karty graficzne umożliwiły wykonanie bilionów operacji w ułamku sekundy. Pomysły sprzed pół wieku wreszcie dostały paliwo, którego tak bardzo potrzebowały.
Co ciekawe, w tej globalnej układance swój ślad zostawili również Polacy. Jan Łukasiewicz opracował sposób zapisywania działań matematycznych, z którego do dziś korzystają programiści. Z kolei Jacek Karpiński w latach 70. budował minikomputery, które technologicznie wyprzedzały swoje czasy o całe epoki. Choć z powodów politycznych jego projekty zostały zduszone, dziś Karpiński słusznie wraca na salony jako jeden z najbardziej niedocenionych wizjonerów ery cyfrowej.
I to jest chyba największy, fascynujący sekret sztucznej inteligencji. Narzędzia, z których korzystamy dzisiaj, takie jak ChatGPT, Gemini, Claude, polski Bielik, generatory obrazów takie jak Midjourney czy FLUX, modele tworzące filmy jak Sora i Veo, a także programistyczni asystenci pokroju Copilota, nie pojawiły się z dnia na dzień.
Te systemy rodziły się w bólach przez siedem dekad. Za każdą odpowiedzią, grafiką czy linijką kodu, którą dzisiaj generujemy w kilka sekund, stoją tysiące genialnych umysłów, miliony godzin frustrujących badań i pokolenia ludzi, którzy wierzyli w coś, co przez większość XX wieku wydawało się absolutnie niemożliwe.
Kiedy 16 lipca będziemy obchodzić Światowy Dzień Sztucznej Inteligencji, warto pamiętać, że świętujemy nie tylko sukces współczesnych modeli AI. Świętujemy 70 lat pracy ludzi, którzy nigdy nie przestali wierzyć, że maszyna może nauczyć się rozumieć świat.

Radio Szczecin