To jest trochę jak z rzeczami, które czekają na właściwy moment, aby ich użyć, ale tylko w mitycznym czasie, w dobrej chwili odpowiedniego momentu, będą działały lepiej. Zacnie i godnie.
Niektórzy trzymają tak długo w szafce drogie i ulubione perfumy, aż te zwietrzeją.
Podobny motyw miałem z muzyką. Jako młodzian wiedziałem, że są giganci, muzycy i zespoły, które porywały tłumy i wyznaczały muzyczne drogi. Byli wielcy i na piedestałach. Część moich kolegów ich słuchała. Trochę im zazdrościłem, że są niejako na wyższym poziomie. Mnie też poszczególne utwory danych wykonawców się podobały. Ale przecież to dla znawców. Nie chciałem być fanem jednego utworu, czy też jednej płyty. Nie zasługiwałem.
Pewnie psychologicznie to niepokojące - ale tylko dla psychologów. Określiliby to „lękiem przed skalaniem ideału”, albo że mam syndrom oszusta. Są takie pojęcia.
Takie muzyczne uczucia tarmosiły mną dawno temu i to przy wielu wykonawcach. To chyba coś na kształt dorastania. Nie wiem, może w przypadku muzyki, to był motyw uświęcania sztuki, budowania sacrum.
Nie wiem skąd we mnie takie blokady. Może bałem się, że coś mi się nie spodoba, a to będzie oznaczało że się nie znam. Takie cnotliwe podejście miałem choćby do Pink Floydów. Byli wielcy, tworzyli nie tylko muzykę, ale i historię.
Jak ukazała się ich płyta „The Division Bell” miałem z nią styczność, pożyczyłem wówczas krążek od kolegi. Czułem, że on czuje więcej, dając mi z namaszczeniem CD.
I nie spodobała mi się płyta. A czułem że powinna, bo wiecie - Pink Floyd. Na dodatek ta historia tworzenia: pierw było 60 lekko zarysowanych utworów. Gilmour zarządził ‘wielki odsłuch’ dla muzyków pracujących przy tej płycie. Skupiono się na 27 kawałkach, z których w drodze dalszego głosowania część utworów wyrzucono, a inne połączono ze sobą.
Zostało 15, z których wyłoniono finałową 11, która znalazła się na krążku. A mi nadal coś nie wchodziło. Po latach wykiełkowało „High Hopes”** – nie oszukujmy się - opus magnum tego albumu. Potem dołączały kolejne kompozycje, ale teraz już dorosłem i wiem, czuję, że nie wszystkie muszą mi się podobać***.
W moim pasywnym życiu muzycznym, było kilka pozycji, które wręcz fizycznie czekały na półce, aby uczynić mnie godnym słuchania. Ale nadal mam utwory niczym te zacne i drogie perfumy, które odsłuchuję odświętnie, na specjalne okazje. Na szczęście one nie wietrzeją.
Czasem ten odsłuch robię z Wami - na antenie Radia Szczecin i audycji Prorock. Bo w duecie lepiej smakuje.
28 marca zapraszam Was na audycję Prorock. To będzie sobota, włączcie się o godzinie 20:00.
*głowa jest tak samo cenna na starym, jak i na nowym rowerze.
**Wideo do „High Hopes” też doceniłem późno, dopiero kiedy sam zacząłem kadrować rzeczywistość kamerą i aparatem. Ów teledysk został wyreżyserowany przez Storma Thorgersona, grafika, twórcy ponad 100 okładek płyt i blisko 50 teledysków.
***Kiedyś poprowadziłem Prorocka, w którym wybrałem kawałki z 10 moich ulubionych płyt, kawałki które mi się nie podobały. Pozycje które czasem słuchałem - bo wypada, i nie chciałem obrazić idola. Dobra, zazwyczaj je pomijałem. I wiecie co, podczas audycji na żywo stwierdziłem, że te najsłabsze ogniwa nie są takie złe, a nawet mi się podobają.

Radio Szczecin