Pro-rock
Radio SzczecinRadio Szczecin » Pro-rock
Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
Dla niemal każdego z nas, to my sami jesteśmy najważniejsi. Stawiamy siebie w centrum własnego świata, bo przecież rzeczywistość poznajemy wyłącznie przez pryzmat własnych myśli, emocji i zmysłów. Czujemy się też wyjątkowi. Nikt nie chce być „zwykłasem”, kimś przeciętnym. W psychologii wiąże się to z potrzebą znaczenia, uznania oraz budowania silnego poczucia własnej wartości. Współczesna kultura, a zwłaszcza media społecznościowe, dodatkowo to napędzają, sugerując, że „zwykłe” życie jest porażką. Nie chodzi też o to, aby dygać w jednakowych mundurkach jak za czasów Mao Zedonga.

Niemniej jestem już zmęczony obrazkowym światem, wystawianym przez mniej lub bardziej bliskich znajomych w witrynach Instagrama czy Facebooka. Nudzą mnie niesamowitości „podróżników” z YouTube’a. Kolejny film czy obrazek jest jak następna porcja łakoci – już nie możesz, ale sięgasz; już cię mdli, a tu podsuwają pod nos kolejną dawkę. Tłumy Polaków po zagranicznych wakacjach wcale nie zmieniły się w kulturoznawców ani nie stały się bardziej obyte. Pisałem już o tym w felietonie „Podróżować jest bosko”. Tylko napomknę jeszcze, że to kompulsywne podróżowanie, z odhaczaniem miejsc typu „TU BYŁEM”, jest często zaliczaniem punktów tylko dlatego, że tak wypada. Zaliczaniem, bo tak dyktuje Instagram.

Bardziej czuję apoteozę życia jak w piosence Świetlików „Filandia” ze sławetną melorecytacją Bogusława Lindy. To utwór pełen wdzięczności o tym, że nie ma lepszej chwili niż ta obecna, wszak: „Nigdy Bóg nie będzie tak blisko, tak czuły i dobry jak teraz”. Ludzie, którzy przeżyli łagry, zsyłki czy więzienia, tęsknili za taką „Filandią” – za prozą życia, za normalnością.

Nie wchodząc w szczegóły ani tym bardziej nie porównując się z męczennikami – miałem kiedyś epizod pobytu w niemieckim areszcie. Przez ten krótki czas bardzo szybko zatęskniłem za zwykłymi, prozaicznymi elementami mojego dnia: za zapachami, dźwiękami. Za powietrzem.

Francuski pisarz Philippe Delerm napisał kiedyś książeczkę, a właściwie zbiór 34 krótkich esejów zatytułowanych „Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności”. Ta pozycja to manifest zachwytu nad codziennością. Swoją drogą, ta książka i jej autor zainspirowali reżysera słynnego filmu „Amelia”.

My tymczasem w tej zwykłości dnia ładujemy w siebie bodźce niecodzienne, zamieniając je w codzienność. Faszerujemy się łakociami współczesnego świata aż do zemdlenia. Zwykły spacer, ale w słuchawkach. Prasowanie – przed telewizorem. Rower – z muzyką. Nawet kolejka w sklepie musi być czymś wypełniona. Jak mamy poczuć i zauważyć ów „łyk piwa”, skoro podczas „picia” oglądamy trzy filmy, odpowiadamy na wiadomości i słuchamy podcastu?

Kiedyś w „Prorocku”, a dokładniej we wrześniu 2024 roku, poprowadziłem audycję „Working Class Hero” – nazwę żywcem zaciągnąłem z utworu Johna Lennona. To było spotkanie o robotnikach, pracownikach, normalnych ludziach, ale opowiadane przez pryzmat pracy. W dzisiejszym wydaniu audycji sięgam po utwory o przeciętnych postaciach, jakie mijamy wokół siebie i jakimi sami jesteśmy. Z naszymi marzeniami, problemami, mikro-sukcesami i dużymi porażkami.

Najbardziej sprawdza się tu repertuar Bruce’a Springsteena, chłopaka z New Jersey, w którym to New Jersey wciąż siedzi, a on w nim. Dosłownie. „Boss” to absolutny fundament i najważniejszy przedstawiciel heartland rocka. W zasadzie to właśnie jego twórczość z przełomu lat 70. i 80. zdefiniowała ten gatunek na całym świecie. Czuje on jak mało kto zwykłość życia we wszelkich jego przejawach.

O ile Springsteen pisał o robotnikach z New Jersey, o tyle John Mellencamp stał się jednym z głosów rolniczego i małomiasteczkowego serca Ameryki – Midwestu. Urodził się i wychował w stanie Indiana. To kronikarz zanikającej tradycji i ludzi, których można by nazwać everymanami. Jest jednym z najbardziej radykalnych i bezkompromisowych przedstawicieli heartland rocka.

W tym zestawieniu nie może zabraknąć także Boba Segera. On również tworzy we wspomnianym stylu, śpiewając o nostalgii, realiach życia klasy robotniczej (blue-collar), przemijaniu czasu oraz blaskach i cieniach miłości. Jego teksty, pisane z perspektywy zwykłego człowieka, cechują się niezwykłą bezpośredniością.

Właściwie każdy z tych artystów mógłby swoją twórczością wypełnić całe wydanie „Prorocka”. Każdy dostałby po godzinie, a i tak byłoby nam za mało. Uwierzcie. Warto też wspomnieć o country. Muzyka country i heartland rock to najbliżsi krewni. Łączy je opowieść o codziennym życiu, ciężkiej pracy, dumie z pochodzenia i małych miasteczkach. Różni je przede wszystkim perspektywa i język muzyczny.

To są historie, które dzieją się za oceanem, ale czujemy je jak swoje. Codzienność ze swoim wachlarzem zdarzeń ma wszędzie podobne szablony i foremki. Choć mamy w Polsce twórczość, która brzmieniowo jest daleko od heartland rocka, to pod względem społecznym i tekstowym odegrała moim zdaniem dokładnie taką rolę, jak Springsteen, Seger czy Mellencamp w Ameryce. Mam na myśli polski hip-hop lat 90. i dwutysięcznych. Surowy, pozbawiony lukru głos młodzieży, po trochu głos klasy robotniczej w czasach głębokiego kryzysu ekonomicznego.

I choć hip-hopu w tym wydaniu „Prorocka” nie będzie, to przeprowadzę Was przez brzmienia zwykłych zdarzeń, utrapień i momentów nadziei. Jako Prorock rzeczę Wam – radujcie się tym, co zwykłe, codzienne, oczywiste i niezauważalne, a jednak będące.
Życzę Wam i sobie, aby ta zwykłość nie była przygniatana pomrukami Złego.

Zatem – szanujmy czas, który nam pozostał.

---------------------------

Zobaczcie przy okazji: „Zakorzenieni i dumni. Dlaczego nie zamienię piekarni na rogu na plażę w Tajlandii”. To też po trochu pochwała zwykłości.
The Beatles "Abbey Road". Zdjęcie to stało się jedną z najsłynniejszych i najczęściej imitowanych okładek w historii rocka.
The Beatles "Abbey Road". Zdjęcie to stało się jedną z najsłynniejszych i najczęściej imitowanych okładek w historii rocka.
Posłuchaj tej audycji. Dostępna do 12 października 2026

Mówi się, by nie oceniać książki po jej okładce. Nie do końca się z tym powiedzeniem zgadzam. Mam też świadomość, że sens metaforyczny tego porzekadła jest taki: wygląd bywa mylący. Prawdziwą wartość kryje to, co w środku – wnętrze, cechy charakteru czy faktyczna treść. Ale wracając do sensu dosłownego. Przypuszczam, że w tym powiedzeniu chodzi o to, że widząc ładną okładkę, dostajemy tylko ją, bo treść już będzie licha i marna. Może też być odwrotny kierunek wektora – najzwyklejsza okładka z autorem i tytułem może kryć bogactwo treści.

Taka historyjka.

Kiedyś za dzieciaka poszedłem wysypać śmieci. Po drodze do śmietnika przyfrunęła do mnie zadrukowana kartka. Kartka z jakiejś książki. Strony 78 i 79. Stałem tak w połowie drogi, czytając z zaciekawieniem. Poczułem, że trop prowadzi w okolice kubłów. Nie myliłem się. W śmietnikowym smrodzie zmieszanym z duszącym chlorem poniewierały się strony tej książki. Pozbierałem wszystkie, znalazłem znaczną część z okładką i obwolutą. To była „Wyspa Robinsona” Arkadego Fiedlera z okładką Tadeusza Grabiańskiego. Skarb. I książkę tę można było oceniać po okładce w dwójnasób właśnie.

Podobnie jest z okładkami płyt.

Gdy pojawiły się nieśmiało w sklepach i księgarniach muzycznych płyty kompaktowe, można było je przeglądać, wertując palcami przez kratki uniemożliwiające ich wyciągnięcie. Było to lekko irytujące. W sąsiednim Berlinie płyty były na regałach jak w księgarni, ułożone alfabetycznie. Dowolność przeglądania i odsłuchiwania. Nie stać mnie było wtedy za bardzo na wytęsknione pozycje, dlatego przeglądałem te z napisem low price czy też Tiefpreis. I to był punkt wejścia. Kolejnym było poszukiwanie czegoś, co znam, a dalej kierowałem się właśnie okładką. Jedynie dla komiksowej okładki kupiłem płytę „Strange Affair” formacji Wishbone Ash. Tak odkryłem ten zespół, który w różnych okresach swej działalności grał w różnorakich stylach i klimatach.

Oczywiście, najbardziej przyciągały i nadal cieszą wzrok okładki znanych i lubianych. Dla mnie choćby okładki Jeana-Michela Jarre'a: „Oxygene” z oskalpowanym globem ziemskim i spoglądającą czaszką spod skóry naszej planety albo „Equinoxe” — tu znów podglądają nas niczym przez lornetki dziwne, niebieskawe postaci w równych rzędach. Pink Floyd ze swoją „Ciemną stroną księżyca” – minimalistyczny trójkątny pryzmat, przez który przechodzi biały promień światła, rozszczepiając się po drugiej stronie na kolorowe spektrum tęczy. Żyletkowa grafika „British Steel” Judas Priest albo okładka kultowego albumu „Unknown Pleasures” zespołu Joy Division z 1979 roku z graficznym zapisem fal radiowych z pierwszego odkrytego pulsara (gwiazdy neutronowej) o nazwie CP 1919. Albo przeamerykańska okładka „Born in the U.S.A.” Bruce'a. Mogę zrobić listę 30, 50 szat graficznych płyt dobrych, uznanych za kultowe. Bo okładka ma znaczenie. I wy też macie taką listę, przypuszczam, że w tym zestawie będzie spory zbiór wspólny.

Rzecz jasna są też dzieła fajansiarskie, a skrywające w sobie bardzo zacną i dobrą muzykę. Popatrzcie na kicz „Lovesexy” Prince’a — przedstawia ona całkowicie nagiego Prince'a pozującego w zmysłowej pozie na tle gigantycznego, sztucznego kwiatu orchidei. Muzyczna petarda w złym opakowaniu. Pomińmy słabe okładki, bo to historie na osobny materiał. Warto jeszcze wspomnieć rodzimy Kult, który z okładki potrafił zrobić coś w rodzaju antyreklamy. Zamiast uwodzić estetyką, ich grafiki potrafiły intrygować, drażnić, czasem wręcz odstręczać. Jakby mówiły: nieważne, co jest na okładce. Posłuchaj tego, co jest na płycie.

Okładka nie mówi nam, jaka jest książka czy płyta. Ale może sprawić, że po nią sięgniemy. A kiedy już po nią sięgniemy, może zostać z nami na długo.

Osobną kulturą okładek były wkładki do kaset magnetofonowych. Szczególnie do tych kaset przegrywanych, kopiowanych. Zamawiało się pocztą, opłacając gdzieś w Polskę za pobraniem i dostając zazwyczaj czarno-białą wersję oryginału. Ale i tak smakowało, cieszyło. Zresztą pisałem o tym naście lat temu w tym wpisie. O analogowym świecie, także kaset, możecie poczytać [tutaj].

Mój Wujek Heniek z odpowiednim szacunkiem odsłuchiwał płyty winylowe. Pamiętam, że pełnią tego nabożeństwa było ustawienie okładki na widoku, tak aby zaistniała pełnia wydarzenia. Dziś muzykę w moim domu zapodaje streamer – współczesne hi-fi. Na swoim ekranie podczas odtwarzania – czy to CD, czy też czegoś z serwisu streamingowego – wyświetla okładkę płyty. Bardzo mnie to kręci i satysfakcjonuje.

W tym wydaniu audycji, która dobrze rockuje, posłuchamy utworów z płyt, których okładki z czasem stały się równie słynne jak muzyka, którą kryją.

Prorock w sobotę o godzinie 20:00. Maciej Papke, zapraszam.
_________________________________________________


Kilka słów o autorach okładek


Autorem okładki „Oxygene” jest Michel Granger. Najpierw powstała ta ilustracja, później zaś zachwyt młodego muzyka Jeana-Michela Jarre’a i zakup praw do tegoż obrazu. Artyści zaczęli współpracować. Grafika „Equinoxe” też jest autorstwa Michela Grangera.

Odnośnie albumu „Unknown Pleasures” zespołu Joy Division. Okładka przedstawia zapis pierwszych stu odczytanych pulsów gwiazdy. Została zeskanowana z „Cambridge Encyclopedia of Astronomy”, a następnie odwrócono w niej kolory. Ilustrację wybrał perkusista, Stephen Morris.

Autorem „Lovesexy” Prince’a jest uznany reżyser i fotograf mody Jean-Baptiste Mondino – twórca całkiem dobrych okładek, teledysków. Lista wideoklipów i okładek to zacne portfolio.

Natomiast wspomniany Tadeusz Grabiański, ten od okładki książki „Wyspa Robinsona”, to znakomity polski artysta grafik, plakacista, ilustrator książek i serii wydawniczych. Zilustrował ponad 100 książek z klasyki polskiej i obcej. Projektował też znaczki pocztowe. Ogólnie to chciał być pilotem, ale niedoskonałość wzroku nie pozwoliła iść tą ścieżką. Swoje lotnicze ciągoty wyilustrował w książkach o tematyce lotniczej, np. Janusza Meissnera: „Żądło Genowefy”, „L jak Lucy”, „Pierwsze kroki”, „Niebieskie drogi”, Arkadego Fiedlera „Dywizjon 303”, Stanisława Skalskiego „Czarne krzyże nad Polską”.


Na progu mej kuchni — tańcząca para w swej kuchni.
Na progu mej kuchni — tańcząca para w swej kuchni.
Posłuchaj tej audycji. Dostępna do 5 października 2026
Przy wejściu do mojej kuchni powiesiłem dawno temu kilka fotografii. Jedna z nich to czarno-biała reprodukcja zdjęcia Elliotta Erwitta „Spain, Valencia, 1952, Robert and Mary Frank”. Jest w tej fotografii szczerość i prawdziwość zwyczajnej sytuacji. Oto para, młode małżeństwo w tanecznym uścisku, zostaje uchwycona w chwili pełnej emocji. Fotograf zrobił zdjęcie na pograniczu podglądactwa, ale i reportażu. Wyrazistość tej sceny jest spotęgowana kadrem wewnętrznym – framuga drzwi wciąga widza w intymny świat bohaterów. Autentyczność fotografii jako zatrzymanej chwili wzmacnia przekoszony, skrzywiony kadr. Tak, to zdjęcie można było wyprostować w ciemni, ale wtedy utraciłoby nuty, które sprawiają, że tak mocno do nas przemawia.

Do mnie przemówiło natychmiast. Kiedy to zdjęcie mnie zainteresowało, nie znałem chyba jeszcze twórczości Erwitta. Po prostu wybrałem do ramki urzekająco zwyczajny kadr. Jakim więc zaskoczeniem było dla mnie, gdy w 2002 roku ujrzałem trzeci solowy album Marka Knopflera, zatytułowany „The Ragpicker's Dream”, na okładce którego wykorzystano właśnie fotografię „Spain, Valencia, 1952, Robert and Mary Frank”. Wrażliwość muzyka idealnie przecięła się tu z wrażliwością fotografa.

Nie jest to jednak jedyny przykład, kiedy znane zdjęcie staje się okładką płyty. 6 maja 1937 roku na lotnisku w Lakehurst w stanie New Jersey do lądowania, a właściwie cumowania, podchodzi niemiecki sterowiec firmy Zeppelin Company – LZ 129 Hindenburg. Kiedy wydaje się, że wszystko przebiega normalnie, wielkie cygaro nagle staje w płomieniach. Ten moment uchwycił amerykański fotoreporter Sam Shere. Zrobił to zdjęcie „z biodra” aparatem Speed Graphic, ponieważ nie miał czasu spojrzeć w wizjer. To był ułamek sekundy. Widok zatrważający, ale i monumentalny. 32 lata później to ikoniczne zdjęcie trafiło na debiutancką płytę angielskiego zespołu rockowego Led Zeppelin. Album okazał się tak mocny, jak obraz zdobiący jego okładkę.

W historii muzyki znam jeszcze jeden przypadek, kiedy reporterska fotografia przedstawiająca tragedię w płomieniach staje się oprawą graficzną krążka. Listopad 1992 roku przyniósł nową energię początku lat 90. Formacja Rage Against the Machine wydała swój debiutancki album zatytułowany po prostu „Rage Against the Machine”. To było uderzenie, czysty lewy sierpowy – włącznie z grafiką. Na okładce uwieczniono historię z 11 czerwca 1963 roku z Sajgonu. Podczas protestu buddystów z niebieskiego samochodu Austin Westminster wysiada dwóch mnichów. Jeden z nich siada na jezdni, drugi polewa go cieczą z kanistra. Siedzący w pozycji lotosu to Thích Quảng Đức. Odmawia mantrę i przykłada zapałkę do brzucha. Jego samospalenie było dramatycznym sprzeciwem wobec prześladowań buddystów w Wietnamie Południowym. Ten przerażający protest uchwycił amerykański fotoreporter Malcolm W. Browne.

Innym przykładem wykorzystania istniejącej fotografii jest „Czerwony sufit” z 1973 roku autorstwa Williama Egglestona, jednego z najważniejszych fotografów amerykańskich. Zdjęcie znane jako „The Red Ceiling” przez samego autora uważane jest za jedno z jego najtrudniejszych i najpotężniejszych dzieł. Osobiście nie potrafię docenić tego kadru z należytą uwagą, zdecydowanie bardziej wolę inne obrazy tego artysty. Doceniła go jednak grupa Big Star, która w 1974 roku na okładce swojego drugiego albumu „Radio City” umieściła właśnie ten fotogram Egglestona.

Wracając jednak do pierwszej fotografii i tańczących w kuchni bohaterów: kim właściwie jest Robert Frank ze zdjęcia Erwitta? To wybitny amerykański fotograf, przedstawiciel nurtu tzw. antymomentu z drugiej połowy XX wieku – fotografii, która nie szuka idealnego kadru, lecz pozwala mówić przypadkowi i niedoskonałości. Jedna z jego prac, „Tattoo Parlor / Freak Show Photos”, to sfotografowana ściana pełna zdjęć i reklam występów „freak show” w nowojorskim Hubert's Museum. Co ciekawe, w tym kolażu znajduje się fotografia autorstwa Diane Arbus – portret Hezekiaha Tramblesa. I uwaga, mamy tu niesamowitą fotograficzną matrioszkę: Robert Frank fotografuje ścianę, na której wisi zdjęcie Diane Arbus, a całość trafia na okładkę zespołu The Rolling Stones i ich legendarnej płyty „Exile on Main St.”!

Teraz zerkam na fotografię w progu mojej kuchni i słyszę muzykę. Fotografia, szczególnie ta reporterska, zatrzymuje konkretną chwilę. A potem może się zdarzyć, że muzyka zabiera ją z pierwotnego miejsca i czasu. Wtedy takie zdjęcie zaczyna należeć do historii fotografii i muzyki zarazem.

W tym wydaniu Prorocka posłuchamy utworów z płyt zawierających znane fotografie. Posłuchamy też utworów z albumów, których oryginalne okładki z czasem stały się słynnymi samodzielnymi zdjęciami – spójrzcie choćby na Pink Floyd i „Wish You Were Here”. Ale felieton o tym, jak fotogramy z okładek stały się autonomicznymi dziełami sztuki, to już zupełnie odrębna historia do napisania.

I uwaga: spotykamy się w sobotę, jak za starych dobrych czasów, o godzinie 20:00.

Audycja, która dobrze rockuje – Prorock, sobota, godz. 20:00.
Łapacze kurzu. Fot. Maciej Papke
Łapacze kurzu. Fot. Maciej Papke
Posłuchaj audycji Prorock z 27 sierpnia (masz czas do 27 września)
Sprzątam. W ostatnich latach w mieszkaniu kurzy się jak nigdy wcześniej. Najbardziej siwieją regały z książkami i płytami kompaktowymi. Dwa razy w roku zarządzam potężną walkę z desantem roztoczy. Woluminy z regałów od sufitu po podłogę są sukcesywnie wydobywane na środek pokoju. Każdy z nich jest odkurzany, a wnęki biblioteczki przecieram substancją antystatyczną – to już prawdziwa wojna chemiczna. Wygięte półki tychże regałów przekładam wybrzuszeniem do góry. Podczas przekładania książek za każdym razem dziwi mnie, że niektóre pozycje wciąż czekają na przeczytanie. Wręcz zdają się pytać: „Przeczytasz mnie jeszcze?”.

Mój najstarszy syn, odwiedzając dom rodzinny, utyskiwał ostatnio, że choć rozumie posiadanie książek, to w domu jest trochę ciasno i warto by się ich pozbyć. Szczególnie tych, które już przeczytałem. Albo zamienić je na wersje elektroniczne, tak jak on to zrobił. To utylitaryzm jego pokolenia – mikrogeneracji na styku millenialsów i zetek. Jeszcze mu nie wyklarowałem, czym jest zjawisko zwane w języku japońskim tsundoku. Pokrótce – to kupowanie książek i odkładanie ich na później. Dodatkowo czasem tworzą się z nich małe wieże na stoliku nocnym i stosy tytułów na biurku, które czyta się naprzemiennie. Znacie to. Książki posiadam i kupuję poniekąd z myślą o przyszłości. Wierzę, że znajdę więcej czasu, spokojniejszy moment albo odpowiedni nastrój na konkretną historię. Z natury swej książki są cierpliwe – zaczekają.

Umberto Eco miał w Mediolanie zbiór 30 tysięcy książek. Z kolei w jego wiejskiej rezydencji biblioteka liczyła 20 tysięcy pozycji. Zdecydowanej większości z nich nie przeczytał, choć czytał nałogowo. Na temat swojej przypadłości tsundoku mówił tak: Są rzeczy, które po prostu warto mieć w zapasie, nawet jeśli korzystamy z nich rzadko. Jeśli potraktujemy książki jak lekarstwa, zrozumiemy, że lepiej mieć pełną apteczkę. Bo gdy dusza potrzebuje uzdrowienia, sięgamy po książkę – nie przypadkową, lecz tę właściwą na dany moment. Dlatego wybór jest tak ważny.

Eco dzielił swoich gości w bibliotece na tych reagujących powierzchownie, którzy pytali: „Ile z tych książek pan przeczytał?”, oraz na mniejszość rozumiejącą, że wartość tkwi w potencjale wiedzy czekającej na odkrycie. Obecność tytułów na moich półkach motywuje do myślenia i poszukiwań, nawet jeśli jeszcze do nich nie zaglądałem. Jest to dla mnie obietnica przyszłego doświadczenia. Widok nieprzeczytanych tomów przypomina mi, jak mało jeszcze wiem. Poza tym regał z książkami ma praktyczny wymiar – może i jest polem uprawnym dla kurzu, znakomicie jednak tłumi dźwięk, eliminując pogłos. W ich obecności jest po prostu przytulniej. A gdybym był youtubowym publicystą, mógłbym wymądrzać się na ich tle. Swoją kolekcję traktuję też czasem jako mikrobibliotekę podręczną. Często wolę coś sprawdzić i wynotować samemu, niż wyszukiwać w Google czy Wikipedii.

Filozof i ekonomista Nassim Nicholas Taleb – nie czytałem jeszcze jego bestsellerowego „Czarnego łabędzia” czy „Antykruchości”, to wciąż przede mną – napisał, że prywatna biblioteka nie jest po prostu dodatkiem podnoszącym ego, ale narzędziem badawczym. Im więcej wiemy, tym dłuższe są rzędy tego, co nieprzeczytane. Taki zbiór Taleb nazywa antybiblioteką. Nieprzeczytane książki uczą nas skromności wobec tego, czego jeszcze nie wiemy.

Istnieje jeszcze jeden aspekt wiążący się z fizycznymi książkami. Źródła internetowe do trenowania modeli sztucznej inteligencji już się skończyły. Internet przeczytał się sam wiele razy. Wobec tego potężne firmy technologiczne masowo skupują z antykwariatów i niszczą fizyczne książki, aby pozyskać czyste, wysokiej jakości dane treningowe dla AI. Jest w tym jakiś rodzaj barbarzyństwa rodem ze świata Matrixa. Maszyny odcinają grzbiety tomów, by szybko przepuścić luźne kartki przez przemysłowe skanery, po czym zniszczone egzemplarze trafiają na makulaturę. Co ciekawe, tego potwora interesują tylko książki wydane przed 2022 rokiem – te późniejsze mogą być już „skażone” przez AI. Sprawdziłem to – pośrednicy i giganci technologiczni nabywają miliony woluminów. Na przetrawienie i wydalenie.

Wracam do regałów.

Odkurzyłem też płyty kompaktowe z muzyką. Nawet żona, przecierając każde pudełko ze srebrnym krążkiem, zastanawiała się, czy skoro tyle muzyki jest w sieci, to warto trzymać płyty. Odpowiadam wszystkim: tak, warto. Bo muzyka w sieci – czyli gdzie? A płyta? W pudełku, z okładką, książeczką. To fizyczny, namacalny obiekt. W gruncie rzeczy istnieje ogromna różnica między posiadaniem muzyki a posiadaniem dostępu do niej. Moja kolekcja płyt to po prostu muzyczne tsundoku. Ograniczony wybór tytułów na półce paradoksalnie ułatwia decyzję. Nieodsłuchane CD na regale jest jak nieprzeczytana książka – to szansa, która czeka.

Obawiam się również, że kiedyś platformy streamingowe będą chciały pożreć fizyczne nośniki, tak jak AI pochłania książki. Kiedy płyty znikną ze sprzedaży, ceny streamingu zaczną rosnąć. Pojawi się też więcej reklam przed i po piosenkach, a niektóre tytuły i artyści padną ofiarą cancel culture. Wtedy znajdzie się paru partyzantów takich jak ja – z płytami, może nawet kasetami, którzy będą tworzyć rebelię, puszczając nuty nieprzychylne Bestii.

Pamiętajcie, drogie dziatki: streaming daje dostęp. Kolekcja daje historię.

Na koniec – czy podczas odkurzania znalazłem płyty nieodsłuchane? Tak, ale niewiele. Bardziej zdumiały mnie tytuły, o których zupełnie zapomniałem, że je posiadam. Może warto przedstawiać je po kawałku w Proroku? Co myślicie? W tym wydaniu audycji, która dobrze rockuje, usłyszycie trochę pozycji z płyt odkurzonych, ale i sporo nowości.

Prorock. Zapraszam w czwartek, 27 sierpnia o godzinie 19:00.

No i muszę jeszcze podesłać ten tekst najstarszemu synowi. Niech przeczyta to wszystko, bo nie chce mi się powtarzać.
Prorock charyzmatycznie
Prorock charyzmatycznie
Prorock Charyzmatyczny. Do odsłuchania do 20 września
Jest takie poczucie w Narodzie, że jesteśmy nacją rozśpiewaną. Biesiadnie rozśpiewaną. Ogólnie czujemy, że my Polacy lubimy i potrafimy śpiewać. Otóż nie. Nie potrafimy, ale chcemy lubić, a skoro nie potrafimy, to nie lubimy. Co my tam możemy razem zaintonować? Barkę. Albo Hej Sokoły.

W zależności od regionu i wieku ktoś zaintonuje Szła dzieweczka do laseczka. Zestaw okolicznościowy Sto lat i Gwiazdka pomyślności się nie liczą. Kolędy. Przy stole co prawda nie koniecznie, bo jakoś głupio, poza tym po pierwszej zwrotce trop się urywa. Pasterka, czy ogólnie kościół z wyświetlanym tekstem ratuje sytuacje, poza tym śpiewamy tam mocno zbiorowo i tłumnie.

Na tle innych państw Polacy wypadają jako naród o średnim poziomie spontanicznego rozśpiewania, plasując się pomiędzy kulturami o skrajnej ekspresji wokalnej, a narodami bardzo powściągliwymi.

Nie jestem socjologiem muzyki, ale czułem to podskórnie, a potem wygooglałem. Zgadza się.

Mamy barierę wstydu. Wychodzimy z założenia – w przeciwieństwie do Latynosów czy Filipińczyków, że śpiewać powinien ten, który potrafi. Nawet były redakcyjny kolega mawiał do podśpiewujących sobie: "Nie umiemy śpiewać, to nie śpiewamy". I z jednej strony to rozumiem, czyjeś fałszywe nutki, nietrzymanie tonacji może razić w ucho. Andrzeja raziło. Jest muzykiem.

Ja lubię sobie zanucić, pośpiewać i ze sthurowskim przekonaniem raz lepiej. Żona jednak utwierdza mnie, że jest to raz gorzej. Sama jednak jest przekonana, iż jej interpretacja Somewhere over the Rainbow, śpiewana w trzech tonacjach zaczynając od altu, to wykonanie à la Whitney Houston.

Skąd zatem autoprzekonanie nas Polaków o tym, że dużo śpiewamy i znamy masę piosenek? Bo tak było. Tak kiedyś było. Stąd śpiewniki harcerskie, wojskowe, kościelne, biesiadne, potem turystyczne. Uważam, że szkody poczynili w tej sferze także komuniści. Władza próbowała narzucać repertuar, a to sprawiło, że część wspólnego śpiewania utraciła spontaniczność. Ulubione utwory przodków śpiewano więc konspiracyjnie.

Jesteśmy narodem rozśpiewanym, ale w określonych ramach. Wszak masowo śpiewamy na koncertach (gdzie głos jednostki ginie w tłumie), podczas pielgrzymek, na weselach (zwykle po alkoholu) oraz we wspomnianych kościołach. Zmieniają też się czasy. Choćby utrata tradycji ogniskowych. Popularne w XX wieku wspólne śpiewanie przy gitarze, na rajdach studenckich czy harcerskich ogniskach, w ostatnich dekadach wyraźnie osłabło na rzecz konsumpcji muzyki z serwisów streamingowych. Huczy lub brzęczy głośniczek.

Miejsce na mapie też ma znaczenie – rozśpiewane kraje basenu Morza Śródziemnego mają łatwiej. Zresztą właśnie tam narodziły się podwaliny naszej filozofii, bo warunki bardziej dogodne – ciepło, winnice. Wino sprzyja wspólnym rozmowom, a leżąc wieczorem na trawie popijając wino, zastanawiano się po co te gwiazdy na niebie i co z tego wynika. A kiedy myślenie zmęczyło, można było zasnąć w miejscu filozofowania. Albo zanucić.

Na północy, w krajach nordyckich, skandynawskich, z winem nie było tak łatwo. Tam królowała potężna, hybrydowa mieszanka fermentowana z wielu składników jednocześnie – grog nordycki. Dawał kopa po zwojach mózgowych, nie sprzyjał filozoficznemu rozmyślaniu. Raczej pobudzał do bitki. No i rozmyślanie w szczerym polu groziło zamarznięciem. Dlatego pito w duchocie ichnich lepianek. Raczej darto mordy aniżeli śpiewano. Tak mi się zdaje. Zatem łatwiej też pośpiewać, gdy dni są dłuższe, noce ciepłe, trunek wspomoże, a nie otumani, gdzie towarzystwo jest przychylnie nastawione. Południowcom łatwiej to przychodzi. Serotonina i witamina D w zestawie słonecznym.

My Polacy jesteśmy pośrodku. I mentalnie i geograficznie. Doceniamy muzykę, śpiew. Choć mało pamiętamy piosenek, a jak już znamy to się krępujemy. Johann Wolfgang von Goethe zauważył (choć u nas przypisuje się to czasem Mickiewiczowi lub Moniuszce): „Gdzie słyszysz śpiew, tam wejdź, tam dobre serca mają. Źli ludzie, wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają”.

Dlatego śpiewajmy! Przy stole, przy ognisku, grillu, dzieciom, żonie, mężowi.

W tym wydaniu Prorocka posłuchacie m.in głosu i śpiewu Roberta Planta* na okazję jego urodzin. Jeżeli chcecie pośpiewać z Robertem i całą zgrają innych rockmanów, to włączcie Radio Szczecin w czwartek 20 sierpnia o 19:00.

Zapraszam na audycję która dobrze rockuje.

______________________________
* W 2006 roku piosenkarz został sklasyfikowany na 1. miejscu listy 100 najlepszych wokalistów metalowych wszechczasów według Hit Parader. Robert Plant śpiewa głosem tenorowym. Jego wokal w czasach Led Zeppelin charakteryzował się potężną skalą (od niskich dźwięków po wysokie oktawy), potężnym falsetem z otwartym gardłem, drapieżnym rockowym krzykiem oraz subtelnymi, bluesowymi frazami.
Zaiste, zapraszam
Zaiste, zapraszam
Prorock - audycja do posłuchania online do 15 września
Trąbka sygnałówka. To jedyny instrument, na którym potrafiłem grać. Zwykła niewentylowana pętlówka, z której da się wykrzesać jedynie dźwięki naturalne – składowe harmoniczne, czyli zaledwie pięć lub sześć tonów. Instrument głośny, raczej praktyczny, utylitarny. Mniej rozrywkowy i taki, którym nie mógłbym zaimponować komuś więcej niż skautom. Tak, miałem sprawność trębacza! Dziś jednak elastyczność warg już nie ta, a i wąsy nie ułatwiają zadbania o czystość dźwięku.

Natomiast przy ogniskach wzięcie towarzyskie mieli koledzy z gitarami. Śpiewający koledzy z gitarami mieli wzięcie i poza ogniskiem.
Próbowałem i ja. Zacząłem od trzech akordów i Whisky Dżemu. Bardziej jednak imponowało mi zagranie The House of the Rising Sun Animals, ale tam to chyba już pięć chwytów trzeba było ogarnąć na gryfie. Nie zostałem Slashem, Sygitowiczem czy Patem Metheny.

Klawisze. Granie na pianinie czy fortepianie też budziło mój podziw i zazdrość. Jeszcze bardziej czytanie z nut i granie. Do dziś fascynuje mnie zapis nutowy i ludzie, którzy patrząc na graficzne symbole słyszą gotowe melodię. I – co więcej! – potrafią natychmiast zagrać to, co widzą.Oczami wyobraźni widziałem siebie zasiadającego przy klawiszach i brylującego w towarzystwie mniej lub bardziej znanym.
Poza tym mógłbym grać sobie i dla siebie, interpretując ulubione utwory - np. Children Roberta Miles’a. Albo Dzwony rurowe Oldfielda.
Albo Rewolucyjną Chopina! Byłbym Jankielem z Niebuszewa.
Do nauki nawet nie podchodziłem. Przerasta mnie liczba klawiszy. No i do dziś nie widzę siebie czytającego nuty. Niech inni to robią, abym mógł ich podziwiać. Niech inni grają, abym mógł przeżywać.
Zagrajcie nam dzisiaj, wszystkie srebrne dzwony, / Zagrajcie nam na tysiąc tonów – jak pisał Ernest Bryll w słynnym oratorium z muzyką Katarzyny Gärtner. W duchu Psalmu 150 zawołajmy więc: zagrajcie mi Gibsony i Fendery! Zagrajcie Korgi i Rolandy!
Jestem i chyba pozostanę odbiorcą dźwięków melodyjnych, aniżeli ich twórcą, czy też odtwórcą.

Dziś szczególnie niech zagrają nam gitary Les Paul. To na pamiątkę Les Paula (Lestera Williama Polsfuss’a) w rocznicę jego śmierci. Ten amerykański gitarzysta jazzowy, wynalazca w dziedzinie technik nagrywania oraz konstruktor gitar elektrycznych określany jest jako "Thomas Edison przemysłu muzycznego".

Na audycję zaprasza Was Prorock, Maciej Papke, prywatnie grający niewybitnie na gitarze The House of the Rising Sun.
Jednak tego utworu i wykonawcy nie posłuchacie.
Zapraszam w czwartek 13 sierpnia o godzinie19:00.





Resztki polichromii w Kościele Wniebowzięcia NMP w Kłodzku
Resztki polichromii w Kościele Wniebowzięcia NMP w Kłodzku
Posuchaj Prorocka i 'Sumy wszystkich strachów' do 10 września
Wracałem z moim klasowym kolegą po lekcjach do domu. Kolega to był nicpoń niesłychany. Po jakichś szkolno-podwórkowych przypadłościach, bał się wrócić do domu. Czekał na niego wuj, który wychowywał go pasem. Nicpoń wiedział, że i tym razem zostanie wytargany i posmagany skórzanym dodatkiem garderoby.
Pełen żywego niepokoju i strachu, kolega zaczął się modlić w głos do Boga, aby Ten na Szczecin zrzucił bombę atomową. Ta definitywnie miałaby wstrzymać wyrok i karę jaka czekała go w domu. Modlił się tak żarliwie i z takim przejęciem, że żal mój do niego zaczął ustępować strachowi, że oto zaraz na horyzoncie ujrzę przez moment błysk, a potem grzyb atomowy. Po czym zamienię się w cień na chodniku. Chciałem zdążyć przedtem mimo wszystko do domu. Też się zacząłem modlić w myślach dość panicznie i przeciwstawnie, aby Bóg jednak nie odpalił III wojny światowej.
W głowie miałem obrazki Hiroszimy i Nagasaki z podręczników, obrazki ze slajdów o skutkach nuklearnych zniszczeń. Przypomniałem sobie jak się skryć przed falą wybuchu. Było o tym w szkole.
Martwiłem się, że to nic nie da, bo w głowie siedział mi film TV, amerykański film Nazajutrz.
To było trochę science, bardziej fiction, na pewno przerażało. Film opowiadał o gorącym momencie Zimnej Wojny. Na Stany pada grad bomb zamieniający się w grzyby. Coś jak grzyby po deszczu. Pamiętam, że film do samego końca nie dał żadnego promyka nadziei. Bardzo nieamerykańskie. Jedynie po ostatniej scenie pacyfistyczny apel, że jesteśmy za pięć dwunasta na zegarze zagłady. Nazajutrz (sic!) po filmie ja i rówieśnicy mieliśmy dusze niespokojne.
Ten film przeraził i starych i młodych, zważywszy że wiedzieliśmy jaki straszny skutek przyniosła słabsza bomba, w końcu to był Little Boy.

6 sierpnia przypada rocznica zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Dwa dni później Fat Man spada nad Nagasaki. Mgły i dym uchroniły od zgruzowania kolejnego miasta - Kokury. Ten lucyferyczny duet jednak wystarczył, aby poczuć i zrozumieć, że wojowanie weszło na mroczny, choć świetlisty poziom.

Użycie bomb atomowych, zagrożenie nuklearne, ten temat wystąpił i w muzyce. W tym wydaniu Prorocka posłuchamy utworów, które licują z tą trwożącą historią z 6 sierpnia 1945 roku.

Bomba atomowa nie spadła tamtego popołudnia na Szczecin. To dobrze, rzecz jasna. Niestety, koledze Nicponiowi została wymierzona niesprawiedliwość pasem.
Dodam, że jak miał 17 lat to przy kolejnym spotkaniu z rozbuchanym wujkiem, ze swej postury strachu, kolega się wyprostował. Okazało się, że jest oprawcy równy. Wyrwał mu ten pas nieprawości z rąk. Kolejnego zaś dnia opuścił dom.
­
Latarnia Kullens fyr | Fot. Maciej Papke
Latarnia Kullens fyr | Fot. Maciej Papke
Tego o mnie nie wiecie. Ja o sobie też nie wiedziałem. Otóż jestem miłośnikiem Latarń Morskich.
Gdzieś w moim życiu wydarzyła się ta historia. Zostałem członkiem stowarzyszenia lubiącego latarnie właśnie. Nie pamiętam mojego momentu wstąpienia i właściwie dlaczego. STOWARZYSZENIE MIŁOŚNIKÓW LATARŃ MORSKICH.
Przypominam sobie o członkostwie kiedy opłacam rzetelnie składki. Jestem.
I zdarzyło się tak, że udałem się w lipcu wraz z owym Stowarzyszeniem na wycieczkę do Skanii. Po to, aby zapoznać się z kilkoma latarniami będącymi po tamtej stronie Bałtyku.
Rozumiem, że można być miłośnikiem tego typu architektury, takich obiektów. Ale i bez specjalnej miłości, te smukłe (w większości) obiekty budzą zachwyt, zaciekawienie.
Jest w latarni i majestat i tajemnica. Jest samotność. Romantyzm. Jest symbolika.
Latarnia jako światło nadziei. Wybawienie dla marynarzy wypatrujących w ciemności lądu. Latarnia, która ostrzega przed niebezpieczeństwem brzegu. Punkt orientacyjny. Nadzieja dla jednych, dla innych miejsce samotności. Odosobnienia.

Latarnik- pamiętacie lekturę? Czy jest ona obowiązkowa dodatkowo dla członków Stowarzyszenia?
W literaturze latarnia morska jest motywem ikonicznym.
Tak, symbolizuje odosobnienie, stałość, walkę z żywiołem, czasem wewnętrzny drogowskaz. Prócz Sienkiewicza jest jeszcze m.in. pozycja Do latarni morskiej Virginii Woolf, albo Latarnia na końcu świata Juliusza Verne.
A może filmy są obowiązkowe w Stowarzyszeniu? Choćby Lighthouse (2019) – psychodeliczny czarno-biały thriller o dwóch latarnikach. Albo Cień latarni morskiej (2013) – też dreszczowiec. Ogólnie niepokój z ekranów. Jest latarnia - nie będzie łatwo. Nawet jeśli nie thriller, nie horror, to nadal latarnia i latarnik to nie ogródek działkowy na Wyspie Puckiej. Choćby Światło między oceanami (2016)*. Wspomnę jeszcze ikoniczne Castle Rock - wyspę w stanie Massachusetts, ale jest to nazwa fikcyjnego miasteczka stanu Maine, występująca w licznych powieściach Stephena Kinga. Dlatego reżyser Rob Reiner nazwał swoją wytwórnię filmową właśnie Castle Rock Entertainment** na cześć Castle Rock po sukcesie swojego filmu Stań przy mnie (1986), który powstał na podstawie opowiadania – a jakże – Kinga. Logo tej wytwórni oparto o słynną Portland Head Light, która mieści się właśnie w stanie Maine, w miasteczku Cape Elizabeth.

W świecie muzyki znalazłem cztery utwory z tytułem Lighthouse m.in. Kelly Clarkson i Calum Scott. Okazało się, że wcześniej ich nie słyszałem. Parę innych wskazał mi Internet. To wykonawcy, o których istnieniu i twórczości nie miałem pojęcia.
O ile dla literatury, ekranizacji i filmu latarnia to lokalizacja wdzięczna i intrygująca, to w muzyce chyba niekoniecznie. Może jakieś szanty opiewają nadzieją latarni. Zapewne.

W Szwecji zwiedziłem około dziesięciu obiektów. Nie spotkałem latarnika, nie zaznałem odosobnienia, tylko w dwóch miejscach smukłe mury, oddalenie i smagający wiatr, pozwoliły poczuć samotność.

Ale co tam Szwecja. To w Polsce, w naszym Świnoujściu mamy najwyższą na świecie ceglaną latarnię morską (68m). Ustępuje wysokością tradycyjnej latarni murowanej z kamienia (granitu) Île Vierge we Francji, która mierzy 82 metry.
W Polsce mamy 15 działających latarń morskich. Chyba większość widziałem, przemierzając naszą linie brzegową Bałtyku na rowerze.

Nie wiem jaka latarnia przyświeca Piotrowi Rokickiemu, który poprowadzi w zastępstwie audycję Prorock w najbliższy czwartek (30 lipca). Może niechaj redaktor Piotr sam stanie się światłem dla Słuchaczy audycji, która dobrze rockuje.
Bo przyznam z ukłonem, że to On był Latarnią w moim radiowym życiu Redakcji Muzycznej.

Światło?
Świeć!
Buduję dom, gdzie zamieszkasz i Ty
Światło świeć, światło prowadź mnie
(...)
Niech Cię strzeże, niech Cię wspiera
Światło

„Przebłysk” - zespołu ARMIA




* Zaiste pozycji literackich i filmowych jest więcej niż ja skromnie wymieniam. Co do filmów – królują dreszczowce i historie niepokojące.

**Castle Rock Entertainment stworzyło m.in. takie obrazy kinowe jak: Skazani na Shawshank na podstawie powieści Kinga, Zielona mila – kolejny wielki film oparty na twórczości tegoż, podobnie Misery. Znacie jeszcze Ludzi honoru (A Few Good Men), czy też Kiedy Harry poznał Sally. Ale też sławetna produkcja TV - Kroniki Seinfelda

Saul Hudson i jego gitara
Saul Hudson i jego gitara
Saul Hudson urodził się w londyńskiej dzielnicy Hampstead. To było 23 lipca 1965 roku. Tego dnia prezydent USA Lyndon B. Johnson podpisał ustawę Coinage Act, która zadecydowała o usunięciu prawdziwego srebra z amerykańskich monet o nominałach 10 i 25 centów. Na amerykańskiej liście przebojów Billboard Hot 100 pierwsze miejsce zajmował zespół The Rolling Stones z utworem „(I Can't Get No) Satisfaction”. Na brytyjskiej Official Singles Chart na pozycji lidera znajdował się zespół The Byrds ze swoją folkowo-rockową wersją utworu Boba Dylana „Mr. Tambourine Man”, a już tydzień później tron brytyjskiej listy przejęli The Beatles z premierowym hitem „Help!”. Czy to mogło wpłynąć na małego Saula? Prawdopodobnie z czasem tak. Bardziej jednak wpłynęli na niego rodzice. Jego ojciec, Anthony Hudson, był grafikiem projektującym okładki płyt dla takich artystów jak Neil Young czy Joni Mitchell. Matka, Ola Hudson, była cenioną projektantką kostiumów. Ubierała m.in. Davida Bowiego, Johna Lennona i wiele gwiazd rocka lat 70. Dzięki temu młody Saul od najmłodszych lat obracał się w środowisku muzyków i artystów.

Gdy miał jedenaście lat rodzice się rozeszli. Saul wyjechał z mamą do Los Angeles. Po rozwodzie rodziców – typowa przypadłość dziecka z rozbitej rodziny - trudny okres. Sam Saul określał siebie jako "problemowe dziecko". Szkoła nie była jego miejscem ulubionym, a jak już tam się pojawiał był postrzegany jako outsider i samotnik.
W wieku 15 lat dostał od babci starą hiszpańską gitarę. Trafiony podarek. Wpłynął na resztę jego życia. Grał na niej po 12h dziennie.
Do tego czynnik ludzki - dorastał w zamożnym, artystycznym domu, w którym częstymi gośćmi byli przedstawiciele rockowej bohemy, m.in. David Bowie, Iggy Pop i David Geffen. Ten ostatni odegra za parę lat ważną rolę w karierze Saula, ale o tym za chwilę. Teraz niech wkroczy w historię młodego Hudsona jeszcze jeden znajomy rodziców - aktor Seymour Cassel*, który zauważył, że młody Saul nie potrafi usiedzieć w miejscu – ciągle gdzieś biega, coś organizuje, zaczyna kolejne przedsięwzięcia. ‘Wujek’ Seymour powiedział, że Saul "przecina" życie z jednego zajęcia do drugiego, zawsze jest w ruchu, i zaczął wołać na niego "Slash". Ta ksywka przylgnęła do niego na tyle, że rodzona matka zaczęła tak go nazywać.
Saul został Slashem**, niczym Abram Abrahamem, Jakub Izraelem, a Szymon – Piotrem. Istne powołanie, misja i zmiana tożsamości.

W pierwszej połowie lat 80. grał w kilku lokalnych zespołach, m.in. Hollywood Rose. W 1985 roku dołączył do nowo powstałego Guns N' Roses, zastępując Traciiego Gunsa. W składzie znaleźli się również Axl Rose, Izzy Stradlin, Duff McKagan i Steven Adler.
Kiedy Guns N' Roses podpisali kontrakt z Geffen Records, David Geffen*** początkowo nie skojarzył, że gitarzysta zespołu to ten sam Saul Hudson, którego znał jako dziecko. Slash wspominał, że dopiero jego matka powiedziała Geffenowi: „Mój syn jest gitarzystą, powinieneś go znać – jest w zespole, który podpisał kontrakt z twoją wytwórnią.” Geffen miał zapytać: „W którym?”, usłyszał: „Guns N'Roses. To Slash.

W tym wydaniu Prorocka na okazję urodzin Slasha – „święte riffy i grzeszne solówki” tego znakomitego gitarzysty.
„6 strun i jeden cylinder” – o sławetnym cylindrze opowiem w audycji. Włączcie się choćby na 92FM.

Maciej Papke.




*Seymour Cassel (1935–2019) był amerykańskim aktorem charakterystycznym, jednym z najbliższych współpracowników reżysera Johna Cassavetesa, uznawanego za ojca amerykańskiego kina niezależnego. Wystąpił w ponad 200 filmach i serialach, a za rolę w filmie Faces (1968) otrzymał nominację do Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego. W późniejszych latach często pojawiał się również w filmach Wesa Andersona.

**W Nowym Testamencie Saul stał się Pawłem. Choć nie jest to biblijna ‘klasyczna’ renominacja. Saul (Szaweł) ma odpowiednik w łacinie - Paulus. Tu raczej Ewangelista Łukasz zaczyna używać od Dz 13,9 formy łacińskiej.
Niemniej w Biblii zmiana imienia nie jest kosmetyczną poprawką. To akt stwórczy – Bóg nadając nowe imię, nadaje człowiekowi nową tożsamość, nowe powołanie i nową przyszłość.

*** David Geffen to jedna z najpotężniejszych postaci w historii amerykańskiego przemysłu muzycznego. Urodzony w 1943 roku w Brooklynie. Korzenie polsko-ukraińskie.
W 1971 roku założył Asylum Records, wytwórnię, która wypromowała m.in. Eagles, Jacksona Browne'a i Lindę Ronstadt. Dziewięć lat później stworzył Geffen Records, podpisując kontrakty z takimi artystami jak John Lennon, Elton John, Aerosmith, Cher czy Guns N' Roses. W 1990 roku uruchomił także DGC Records, gdzie karierę zrobiła Nirvana. W połowie lat 90. współtworzył filmowe imperium DreamWorks razem ze Stevenem Spielbergiem i Jeffreyem Katzenbergiem.
Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
Zdałem sobie sprawę, że jestem paleontologiem muzyki. Jakimś górnikiem muzycznych złogów ale i złóż. Kiedy wychodzę z tej kopalni na powierzchnię i nastawiam me ucho na nowe brzmienia, to ktoś postronny stwierdziłby, że nawet się nie wsłuchałem, a już wydaję opinię. Albo gorzej: nie mam zdania i zainteresowania. Żeby nie było - w odtwarzaczu strimingowym i smartfonie mam ustawione nowości, polecanki, 'poznaj twoje brzmienia Macieju'. I nawet jeśli ta muzyka ma towarzyszyć, być tłem innych zajęć, to albo mi przeleci przez ucho jałowymi nutami i nie zasieje plonu, albo zaciągnie chwastem, że klikam next.

Trochę mnie to uwiera, bo chciałbym wyjść już z tego muzeum, zakończyć szychtę, odetchnąć świeżym riffem, posmakować nowych rytmów.

Nie wiem naiwnie dlaczego, jakąś cichą nadzieją obiecuję sobie, że jak będzie już ten urlop, ten mityczny czas, to wtedy te nowości lepiej wejdą. Będę miał większą ochotę na zaciągnięcie się czymś nowym. Zdaję sobie sprawę, że podobne wewnętrzne słowo honoru dałem książkom – wiadomo mityczne czytanie na urlopie – bo się odprężę. A może filmy obejrzę, bo póki co wystarczają mi trajlery. Tak, miałem jeszcze sufit w łazience przemalować. Wyspać się. I zarazem wcześnie wstać, bo jak dobrze wstać skoro świt. Napiszę listy. Posegreguję zdjęcia. Zrobię najlepsze treningi rowerowe.

Pierw oczywiście zanim pójdę na ten urlop, to muszę w pracy zostać nieco dłużej, aby dopięć wszystkie kwestie. Co prawda przed samym urlopem dłużej i intensywniej pracuję, niż potrwa sam urlop. Dlatego przez pierwsze dwa, trzy dni urlopu jest jakiś nerw i niespokojna inercja poprzednich tygodni. Czytanie nie wchodzi, nowa muzyka drażni. Budzę się wcześniej, choć chciałem pospać. Jak chcę wcześniej wstać to jestem w malignie. W mieszkaniu chaos nieporządku spuchniętych dni przedurlopowych, blokuje ruchy mentalne*. Stwierdzam, że na film to szkoda czasu. Nad książką nie mogę się skupić. O proszę, zaczęło padać, trening rowerowy odpada. Może pomaluję łazienkę. I włączę coś z archeo do słuchania. Niech będzie Jon Lord. Klawiszowiec. Przede wszystkim Deep Purple. Hammond pełnoprawny.

I tak też będzie w Prorocku – na okazję rocznicy śmierci tego muzyka, trochę odkopałem klawiszy Jon'a, jak i innych muzyków. Jon Lord – człowiek, który sprawił, że klawisze w rocku wyszły z cienia gitar. Przypomnimy nie tylko jego muzykę, ale też utwory, które zmieniły historię rockowych instrumentów klawiszowych. Hammond, Moog, syntezatory i kilka ponadczasowych klasyków.

Czwartek, godzina 19:00



*nie jestem jedyny. Podobne stany mają inni. Kiedy idziesz na urlop, twoje ciało i umysł wciąż są w trybie walki. Weekend a nawet dwa tygodnie wolnego to za mało, aby zregenerować organizm żyjący w trybie lokomotywy z wagonami towarowymi i osobowymi. Na wolnym pojawia się niewytłumaczalna presja:narzucasz sobie wysokie tempo nawet na wakacjach. Myślisz, że "musisz" coś zwiedzić lub zrobić idealne zdjęcia zamiast po prostu odpocząć. Psychologowie tłumaczą: na początku urlopu możesz czuć się gorzej. Czasami to tzw. urlopowa depresja (z ang. Holiday Blues), która mija po kilku dniach. Spoko pani psycholog, tylko dla mnie to będzie zjedzone połowę urlopu.
1234