Pro-rock
Radio SzczecinRadio Szczecin » Pro-rock
Łapacze kurzu Fot. Maciej Papke
Łapacze kurzu Fot. Maciej Papke
Sprzątam. Kurzy się w mieszkaniu ostatnimi laty jak nigdy wcześniej. Najbardziej siwieją regały z książkami i płytami kompaktowymi. Dwa razy do roku zarządzam potężną walkę z desantem roztoczy. Z regałów od sufitu po podłogę woluminy są sukcesywnie wydobywane na środek pokoju. Każdy z nich jest odkurzany, wnęki biblioteczki są przecierane antystatyczną substancją — to już wojna chemiczna. Wygięte półki tychże regałów przekładam wybrzuszeniem do góry.
Podczas przekładania książek, za każdym razem jestem zdziwiony, że niektóre pozycje wciąż czekają na przeczytanie, wręcz zdają się pytać - przeczytasz mnie jeszcze?

Mój syn — najstarszy — odwiedzając dom rodzinny utyskiwał ostatnim razem, że rozumie posiadanie książek, ale w domu jest trochę ciasno i warto się chyba ich pozbyć. Szczególnie tych, które już przeczytałem. Albo zamienić je na elektroniczne, jak on to poczynił. Utylitarność jego pokolenia, mikrogeneracji na styku millenialsów i zetek.
Jeszcze mu nie wyklarowałem czym jest zjawisko zwane w języku japońskim tsundoku. Pokrótce — jest to kupowanie książek i odkładanie ich do przeczytania na później. Dodatkowo, czasem robią się z tego małe wieże na stoliku nocnym i stosy tytułów na biurku, które czytane są naprzemiennie. Znacie to.
Książki posiadam i kupuję poniekąd z myślą o przyszłości. Wierzę, że znajdę więcej czasu, spokojniejszy moment albo odpowiedni nastrój na konkretną historię.
Z natury swej książki są cierpliwe, zaczekają.

Umberto Eco miał w Mediolanie zbiór 30 tysięcy książek. Z kolei w jego wiejskiej rezydencji biblioteka miała 20 tysięcy pozycji. Zdecydowanej większości tych książek nie przeczytał, choć czytał nałogowo. Na temat swojej przypadłości tsundoku mówił tak: "Są rzeczy, które po prostu warto mieć w zapasie, nawet jeśli korzystamy z nich rzadko. Jeśli potraktujemy książki jak lekarstwa, zrozumiemy, że lepiej mieć pełną apteczkę. Bo gdy dusza potrzebuje uzdrowienia, sięgamy po książkę — nie przypadkową, lecz tę właściwą na dany moment. Dlatego wybór jest tak ważny.

Umberto Eco swoich gości w bibliotece dzielił na tych z reakcją powierzchowną, którzy pytali „ile z tych książek pan przeczytał?” - oraz na mniejszość rozumiejącą, że wartość tkwi w potencjale wiedzy czekającej na odkrycie. Tak, obecność tytułów, które trzymam na półkach motywuje do myślenia i poszukiwań, nawet jeśli jeszcze do nich nie zaglądałem. Jest to dla mnie obietnica przyszłego doświadczenia. Widok nieprzeczytanych tomów przypomina mi, jak mało jeszcze wiem.
Poza tym regał z książkami ma praktyczny wymiar — może i jest polem uprawnym dla kurzu, znakomicie jednak tłumi dźwięk, eliminując pogłos. Jest przytulniej w ich obecności. A gdybym był youtubowym publicystą, mógłbym wymądrzać się na ich tle. Poza tym, moją kolekcję książek traktuję czasem jako mikrobibliotekę w funkcji referencyjnej. Często wolę coś wynotować samemu, niż wyświetlić w Googlu czy Wikipedii.

Jest taki filozof i ekonomista Nicholas Taleb. Nie czytałem jego bestsellerowego "Czarnego Łabędzia”, czy też "Antykruchości” — to jeszcze przede mną. I tenże autor napisał mniej więcej te słowa, że "prywatna biblioteka nie jest po prostu dodatkiem podnoszącym ego, ale narzędziem badawczym. Bo im więcej wiemy, tym dłuższe są rzędy tego, co nieprzeczytane”. I taki zbiór książek Taleb nazywa antybiblioteką. Czyli nieprzeczytane książki uczą nas skromności wobec tego, czego jeszcze nie wiemy.

Jeszcze jeden aspekt wiążący się z fizycznymi książkami. Źródła internetowe do trenowania modeli sztucznej inteligencji już się skończyły. Internet przeczytał się sam wiele razy. Wobec tego, przepotężne firmy technologiczne, masowo skupują z antykwariatów i niszczą fizyczne książki, aby pozyskać czyste, wysokiej jakości dane treningowe dla AI. Jest w tym jakiś rodzaj barbarzyństwa rodem ze świata Matrixa - maszyny tych gigantycznych firm technologicznych odcinają grzbiety tomów, by szybko przepuścić luźne kartki przez przemysłowe skanery, po czym zniszczone egzemplarze trafiają na makulaturę. Co ciekawe, tego potwora interesują tylko książki wydane przed 2022 rokiem — te późniejsze mogą być już "skażone” sztuczną inteligencją. Sprawdziłem — pośrednicy i firmy technologiczne nabywają miliony woluminów. Na przetrawienie i wydalenie.

Wracam do regałów.

Odkurzyłem też płyty kompaktowe z muzyką. Nawet żona przecierając każde pudełko ze srebrnym krążkiem zastanawiała się, czy skoro tyle muzyki jest w sieci, to warto trzymać płyty? Odpowiadam wszystkim — tak, warto. Bo muzyka w sieci, czyli gdzie? A płyta? W pudełku, z okładką, książeczką, to motyw fizyczny namacalny i w gruncie rzeczy jest różnica między posiadaniem muzyki, a posiadaniem dostępu do muzyki.
Moja kolekcja, czy też zbiór płyt, to muzyczne tsundoku. Ograniczony dostęp do tytułów na półce to paradoksalnie ułatwienie wyboru. Nieodsłuchane CD na regale jest trochę jak nieprzeczytana książka — to jest możliwość, która czeka.

Mam też obawę, że kiedyś te streamingi będą chciały pożreć fizyczne nośniki, jak te AI pochłaniające książki. I kiedy już nie będzie w sprzedaży płyt fizycznych, ceny w streamingach zaczną rosnąć. Albo będzie więcej reklam przed i po piosence. A niektóre tytuły i artyści będą culture cancel.
I wtedy znajdzie się paru partyzantów jak ja — z płytami, może nawet kasetami i będzie tworzyło rebelię puszczając nutki nieprzychylne Bestii.


Pamiętajcie dziatki drogie — streaming daje dostęp. Kolekcja daje historię.

Na koniec — czy podczas odkurzania znalazłem płyty nieodsłuchane? Tak, ale mało. Bardziej zdumiały mnie tytuły o których zapomniałem, że je posiadam. Może warto je przedstawiać kawałkami w Proroku? Co myślicie? W tym wydaniu audycji, która dobrze rockuje trochę pozycji z płyt odkurzonych, ale i trochę nowości.

Prorock. Zapraszam w czwartek 27 sierpnia o godzinie 19:00.

No i muszę jeszcze podesłać ten tekst najstarszemu synowi. Niech przeczyta to wszystko, bo nie chce mi się powtarzać.
Prorock charyzmatycznie
Prorock charyzmatycznie
Prorock Charyzmatyczny. Do odsłuchania do 20 września
Jest takie poczucie w Narodzie, że jesteśmy nacją rozśpiewaną. Biesiadnie rozśpiewaną. Ogólnie czujemy, że my Polacy lubimy i potrafimy śpiewać. Otóż nie. Nie potrafimy, ale chcemy lubić, a skoro nie potrafimy, to nie lubimy. Co my tam możemy razem zaintonować? Barkę. Albo Hej Sokoły.

W zależności od regionu i wieku ktoś zaintonuje Szła dzieweczka do laseczka. Zestaw okolicznościowy Sto lat i Gwiazdka pomyślności się nie liczą. Kolędy. Przy stole co prawda nie koniecznie, bo jakoś głupio, poza tym po pierwszej zwrotce trop się urywa. Pasterka, czy ogólnie kościół z wyświetlanym tekstem ratuje sytuacje, poza tym śpiewamy tam mocno zbiorowo i tłumnie.

Na tle innych państw Polacy wypadają jako naród o średnim poziomie spontanicznego rozśpiewania, plasując się pomiędzy kulturami o skrajnej ekspresji wokalnej, a narodami bardzo powściągliwymi.

Nie jestem socjologiem muzyki, ale czułem to podskórnie, a potem wygooglałem. Zgadza się.

Mamy barierę wstydu. Wychodzimy z założenia – w przeciwieństwie do Latynosów czy Filipińczyków, że śpiewać powinien ten, który potrafi. Nawet były redakcyjny kolega mawiał do podśpiewujących sobie: "Nie umiemy śpiewać, to nie śpiewamy". I z jednej strony to rozumiem, czyjeś fałszywe nutki, nietrzymanie tonacji może razić w ucho. Andrzeja raziło. Jest muzykiem.

Ja lubię sobie zanucić, pośpiewać i ze sthurowskim przekonaniem raz lepiej. Żona jednak utwierdza mnie, że jest to raz gorzej. Sama jednak jest przekonana, iż jej interpretacja Somewhere over the Rainbow, śpiewana w trzech tonacjach zaczynając od altu, to wykonanie à la Whitney Houston.

Skąd zatem autoprzekonanie nas Polaków o tym, że dużo śpiewamy i znamy masę piosenek? Bo tak było. Tak kiedyś było. Stąd śpiewniki harcerskie, wojskowe, kościelne, biesiadne, potem turystyczne. Uważam, że szkody poczynili w tej sferze także komuniści. Władza próbowała narzucać repertuar, a to sprawiło, że część wspólnego śpiewania utraciła spontaniczność. Ulubione utwory przodków śpiewano więc konspiracyjnie.

Jesteśmy narodem rozśpiewanym, ale w określonych ramach. Wszak masowo śpiewamy na koncertach (gdzie głos jednostki ginie w tłumie), podczas pielgrzymek, na weselach (zwykle po alkoholu) oraz we wspomnianych kościołach. Zmieniają też się czasy. Choćby utrata tradycji ogniskowych. Popularne w XX wieku wspólne śpiewanie przy gitarze, na rajdach studenckich czy harcerskich ogniskach, w ostatnich dekadach wyraźnie osłabło na rzecz konsumpcji muzyki z serwisów streamingowych. Huczy lub brzęczy głośniczek.

Miejsce na mapie też ma znaczenie – rozśpiewane kraje basenu Morza Śródziemnego mają łatwiej. Zresztą właśnie tam narodziły się podwaliny naszej filozofii, bo warunki bardziej dogodne – ciepło, winnice. Wino sprzyja wspólnym rozmowom, a leżąc wieczorem na trawie popijając wino, zastanawiano się po co te gwiazdy na niebie i co z tego wynika. A kiedy myślenie zmęczyło, można było zasnąć w miejscu filozofowania. Albo zanucić.

Na północy, w krajach nordyckich, skandynawskich, z winem nie było tak łatwo. Tam królowała potężna, hybrydowa mieszanka fermentowana z wielu składników jednocześnie – grog nordycki. Dawał kopa po zwojach mózgowych, nie sprzyjał filozoficznemu rozmyślaniu. Raczej pobudzał do bitki. No i rozmyślanie w szczerym polu groziło zamarznięciem. Dlatego pito w duchocie ichnich lepianek. Raczej darto mordy aniżeli śpiewano. Tak mi się zdaje. Zatem łatwiej też pośpiewać, gdy dni są dłuższe, noce ciepłe, trunek wspomoże, a nie otumani, gdzie towarzystwo jest przychylnie nastawione. Południowcom łatwiej to przychodzi. Serotonina i witamina D w zestawie słonecznym.

My Polacy jesteśmy pośrodku. I mentalnie i geograficznie. Doceniamy muzykę, śpiew. Choć mało pamiętamy piosenek, a jak już znamy to się krępujemy. Johann Wolfgang von Goethe zauważył (choć u nas przypisuje się to czasem Mickiewiczowi lub Moniuszce): „Gdzie słyszysz śpiew, tam wejdź, tam dobre serca mają. Źli ludzie, wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają”.

Dlatego śpiewajmy! Przy stole, przy ognisku, grillu, dzieciom, żonie, mężowi.

W tym wydaniu Prorocka posłuchacie m.in głosu i śpiewu Roberta Planta* na okazję jego urodzin. Jeżeli chcecie pośpiewać z Robertem i całą zgrają innych rockmanów, to włączcie Radio Szczecin w czwartek 20 sierpnia o 19:00.

Zapraszam na audycję która dobrze rockuje.

______________________________
* W 2006 roku piosenkarz został sklasyfikowany na 1. miejscu listy 100 najlepszych wokalistów metalowych wszechczasów według Hit Parader. Robert Plant śpiewa głosem tenorowym. Jego wokal w czasach Led Zeppelin charakteryzował się potężną skalą (od niskich dźwięków po wysokie oktawy), potężnym falsetem z otwartym gardłem, drapieżnym rockowym krzykiem oraz subtelnymi, bluesowymi frazami.
Zaiste, zapraszam
Zaiste, zapraszam
Prorock - audycja do posłuchania online do 15 września
Trąbka sygnałówka. To jedyny instrument, na którym potrafiłem grać. Zwykła niewentylowana pętlówka, z której da się wykrzesać jedynie dźwięki naturalne – składowe harmoniczne, czyli zaledwie pięć lub sześć tonów. Instrument głośny, raczej praktyczny, utylitarny. Mniej rozrywkowy i taki, którym nie mógłbym zaimponować komuś więcej niż skautom. Tak, miałem sprawność trębacza! Dziś jednak elastyczność warg już nie ta, a i wąsy nie ułatwiają zadbania o czystość dźwięku.

Natomiast przy ogniskach wzięcie towarzyskie mieli koledzy z gitarami. Śpiewający koledzy z gitarami mieli wzięcie i poza ogniskiem.
Próbowałem i ja. Zacząłem od trzech akordów i Whisky Dżemu. Bardziej jednak imponowało mi zagranie The House of the Rising Sun Animals, ale tam to chyba już pięć chwytów trzeba było ogarnąć na gryfie. Nie zostałem Slashem, Sygitowiczem czy Patem Metheny.

Klawisze. Granie na pianinie czy fortepianie też budziło mój podziw i zazdrość. Jeszcze bardziej czytanie z nut i granie. Do dziś fascynuje mnie zapis nutowy i ludzie, którzy patrząc na graficzne symbole słyszą gotowe melodię. I – co więcej! – potrafią natychmiast zagrać to, co widzą.Oczami wyobraźni widziałem siebie zasiadającego przy klawiszach i brylującego w towarzystwie mniej lub bardziej znanym.
Poza tym mógłbym grać sobie i dla siebie, interpretując ulubione utwory - np. Children Roberta Miles’a. Albo Dzwony rurowe Oldfielda.
Albo Rewolucyjną Chopina! Byłbym Jankielem z Niebuszewa.
Do nauki nawet nie podchodziłem. Przerasta mnie liczba klawiszy. No i do dziś nie widzę siebie czytającego nuty. Niech inni to robią, abym mógł ich podziwiać. Niech inni grają, abym mógł przeżywać.
Zagrajcie nam dzisiaj, wszystkie srebrne dzwony, / Zagrajcie nam na tysiąc tonów – jak pisał Ernest Bryll w słynnym oratorium z muzyką Katarzyny Gärtner. W duchu Psalmu 150 zawołajmy więc: zagrajcie mi Gibsony i Fendery! Zagrajcie Korgi i Rolandy!
Jestem i chyba pozostanę odbiorcą dźwięków melodyjnych, aniżeli ich twórcą, czy też odtwórcą.

Dziś szczególnie niech zagrają nam gitary Les Paul. To na pamiątkę Les Paula (Lestera Williama Polsfuss’a) w rocznicę jego śmierci. Ten amerykański gitarzysta jazzowy, wynalazca w dziedzinie technik nagrywania oraz konstruktor gitar elektrycznych określany jest jako "Thomas Edison przemysłu muzycznego".

Na audycję zaprasza Was Prorock, Maciej Papke, prywatnie grający niewybitnie na gitarze The House of the Rising Sun.
Jednak tego utworu i wykonawcy nie posłuchacie.
Zapraszam w czwartek 13 sierpnia o godzinie19:00.





Resztki polichromii w Kościele Wniebowzięcia NMP w Kłodzku
Resztki polichromii w Kościele Wniebowzięcia NMP w Kłodzku
Posuchaj Prorocka i 'Sumy wszystkich strachów' do 10 września
Wracałem z moim klasowym kolegą po lekcjach do domu. Kolega to był nicpoń niesłychany. Po jakichś szkolno-podwórkowych przypadłościach, bał się wrócić do domu. Czekał na niego wuj, który wychowywał go pasem. Nicpoń wiedział, że i tym razem zostanie wytargany i posmagany skórzanym dodatkiem garderoby.
Pełen żywego niepokoju i strachu, kolega zaczął się modlić w głos do Boga, aby Ten na Szczecin zrzucił bombę atomową. Ta definitywnie miałaby wstrzymać wyrok i karę jaka czekała go w domu. Modlił się tak żarliwie i z takim przejęciem, że żal mój do niego zaczął ustępować strachowi, że oto zaraz na horyzoncie ujrzę przez moment błysk, a potem grzyb atomowy. Po czym zamienię się w cień na chodniku. Chciałem zdążyć przedtem mimo wszystko do domu. Też się zacząłem modlić w myślach dość panicznie i przeciwstawnie, aby Bóg jednak nie odpalił III wojny światowej.
W głowie miałem obrazki Hiroszimy i Nagasaki z podręczników, obrazki ze slajdów o skutkach nuklearnych zniszczeń. Przypomniałem sobie jak się skryć przed falą wybuchu. Było o tym w szkole.
Martwiłem się, że to nic nie da, bo w głowie siedział mi film TV, amerykański film Nazajutrz.
To było trochę science, bardziej fiction, na pewno przerażało. Film opowiadał o gorącym momencie Zimnej Wojny. Na Stany pada grad bomb zamieniający się w grzyby. Coś jak grzyby po deszczu. Pamiętam, że film do samego końca nie dał żadnego promyka nadziei. Bardzo nieamerykańskie. Jedynie po ostatniej scenie pacyfistyczny apel, że jesteśmy za pięć dwunasta na zegarze zagłady. Nazajutrz (sic!) po filmie ja i rówieśnicy mieliśmy dusze niespokojne.
Ten film przeraził i starych i młodych, zważywszy że wiedzieliśmy jaki straszny skutek przyniosła słabsza bomba, w końcu to był Little Boy.

6 sierpnia przypada rocznica zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Dwa dni później Fat Man spada nad Nagasaki. Mgły i dym uchroniły od zgruzowania kolejnego miasta - Kokury. Ten lucyferyczny duet jednak wystarczył, aby poczuć i zrozumieć, że wojowanie weszło na mroczny, choć świetlisty poziom.

Użycie bomb atomowych, zagrożenie nuklearne, ten temat wystąpił i w muzyce. W tym wydaniu Prorocka posłuchamy utworów, które licują z tą trwożącą historią z 6 sierpnia 1945 roku.

Bomba atomowa nie spadła tamtego popołudnia na Szczecin. To dobrze, rzecz jasna. Niestety, koledze Nicponiowi została wymierzona niesprawiedliwość pasem.
Dodam, że jak miał 17 lat to przy kolejnym spotkaniu z rozbuchanym wujkiem, ze swej postury strachu, kolega się wyprostował. Okazało się, że jest oprawcy równy. Wyrwał mu ten pas nieprawości z rąk. Kolejnego zaś dnia opuścił dom.
­
Latarnia Kullens fyr | Fot. Maciej Papke
Latarnia Kullens fyr | Fot. Maciej Papke
Tego o mnie nie wiecie. Ja o sobie też nie wiedziałem. Otóż jestem miłośnikiem Latarń Morskich.
Gdzieś w moim życiu wydarzyła się ta historia. Zostałem członkiem stowarzyszenia lubiącego latarnie właśnie. Nie pamiętam mojego momentu wstąpienia i właściwie dlaczego. STOWARZYSZENIE MIŁOŚNIKÓW LATARŃ MORSKICH.
Przypominam sobie o członkostwie kiedy opłacam rzetelnie składki. Jestem.
I zdarzyło się tak, że udałem się w lipcu wraz z owym Stowarzyszeniem na wycieczkę do Skanii. Po to, aby zapoznać się z kilkoma latarniami będącymi po tamtej stronie Bałtyku.
Rozumiem, że można być miłośnikiem tego typu architektury, takich obiektów. Ale i bez specjalnej miłości, te smukłe (w większości) obiekty budzą zachwyt, zaciekawienie.
Jest w latarni i majestat i tajemnica. Jest samotność. Romantyzm. Jest symbolika.
Latarnia jako światło nadziei. Wybawienie dla marynarzy wypatrujących w ciemności lądu. Latarnia, która ostrzega przed niebezpieczeństwem brzegu. Punkt orientacyjny. Nadzieja dla jednych, dla innych miejsce samotności. Odosobnienia.

Latarnik- pamiętacie lekturę? Czy jest ona obowiązkowa dodatkowo dla członków Stowarzyszenia?
W literaturze latarnia morska jest motywem ikonicznym.
Tak, symbolizuje odosobnienie, stałość, walkę z żywiołem, czasem wewnętrzny drogowskaz. Prócz Sienkiewicza jest jeszcze m.in. pozycja Do latarni morskiej Virginii Woolf, albo Latarnia na końcu świata Juliusza Verne.
A może filmy są obowiązkowe w Stowarzyszeniu? Choćby Lighthouse (2019) – psychodeliczny czarno-biały thriller o dwóch latarnikach. Albo Cień latarni morskiej (2013) – też dreszczowiec. Ogólnie niepokój z ekranów. Jest latarnia - nie będzie łatwo. Nawet jeśli nie thriller, nie horror, to nadal latarnia i latarnik to nie ogródek działkowy na Wyspie Puckiej. Choćby Światło między oceanami (2016)*. Wspomnę jeszcze ikoniczne Castle Rock - wyspę w stanie Massachusetts, ale jest to nazwa fikcyjnego miasteczka stanu Maine, występująca w licznych powieściach Stephena Kinga. Dlatego reżyser Rob Reiner nazwał swoją wytwórnię filmową właśnie Castle Rock Entertainment** na cześć Castle Rock po sukcesie swojego filmu Stań przy mnie (1986), który powstał na podstawie opowiadania – a jakże – Kinga. Logo tej wytwórni oparto o słynną Portland Head Light, która mieści się właśnie w stanie Maine, w miasteczku Cape Elizabeth.

W świecie muzyki znalazłem cztery utwory z tytułem Lighthouse m.in. Kelly Clarkson i Calum Scott. Okazało się, że wcześniej ich nie słyszałem. Parę innych wskazał mi Internet. To wykonawcy, o których istnieniu i twórczości nie miałem pojęcia.
O ile dla literatury, ekranizacji i filmu latarnia to lokalizacja wdzięczna i intrygująca, to w muzyce chyba niekoniecznie. Może jakieś szanty opiewają nadzieją latarni. Zapewne.

W Szwecji zwiedziłem około dziesięciu obiektów. Nie spotkałem latarnika, nie zaznałem odosobnienia, tylko w dwóch miejscach smukłe mury, oddalenie i smagający wiatr, pozwoliły poczuć samotność.

Ale co tam Szwecja. To w Polsce, w naszym Świnoujściu mamy najwyższą na świecie ceglaną latarnię morską (68m). Ustępuje wysokością tradycyjnej latarni murowanej z kamienia (granitu) Île Vierge we Francji, która mierzy 82 metry.
W Polsce mamy 15 działających latarń morskich. Chyba większość widziałem, przemierzając naszą linie brzegową Bałtyku na rowerze.

Nie wiem jaka latarnia przyświeca Piotrowi Rokickiemu, który poprowadzi w zastępstwie audycję Prorock w najbliższy czwartek (30 lipca). Może niechaj redaktor Piotr sam stanie się światłem dla Słuchaczy audycji, która dobrze rockuje.
Bo przyznam z ukłonem, że to On był Latarnią w moim radiowym życiu Redakcji Muzycznej.

Światło?
Świeć!
Buduję dom, gdzie zamieszkasz i Ty
Światło świeć, światło prowadź mnie
(...)
Niech Cię strzeże, niech Cię wspiera
Światło

„Przebłysk” - zespołu ARMIA




* Zaiste pozycji literackich i filmowych jest więcej niż ja skromnie wymieniam. Co do filmów – królują dreszczowce i historie niepokojące.

**Castle Rock Entertainment stworzyło m.in. takie obrazy kinowe jak: Skazani na Shawshank na podstawie powieści Kinga, Zielona mila – kolejny wielki film oparty na twórczości tegoż, podobnie Misery. Znacie jeszcze Ludzi honoru (A Few Good Men), czy też Kiedy Harry poznał Sally. Ale też sławetna produkcja TV - Kroniki Seinfelda

Saul Hudson i jego gitara
Saul Hudson i jego gitara
Saul Hudson urodził się w londyńskiej dzielnicy Hampstead. To było 23 lipca 1965 roku. Tego dnia prezydent USA Lyndon B. Johnson podpisał ustawę Coinage Act, która zadecydowała o usunięciu prawdziwego srebra z amerykańskich monet o nominałach 10 i 25 centów. Na amerykańskiej liście przebojów Billboard Hot 100 pierwsze miejsce zajmował zespół The Rolling Stones z utworem „(I Can't Get No) Satisfaction”. Na brytyjskiej Official Singles Chart na pozycji lidera znajdował się zespół The Byrds ze swoją folkowo-rockową wersją utworu Boba Dylana „Mr. Tambourine Man”, a już tydzień później tron brytyjskiej listy przejęli The Beatles z premierowym hitem „Help!”. Czy to mogło wpłynąć na małego Saula? Prawdopodobnie z czasem tak. Bardziej jednak wpłynęli na niego rodzice. Jego ojciec, Anthony Hudson, był grafikiem projektującym okładki płyt dla takich artystów jak Neil Young czy Joni Mitchell. Matka, Ola Hudson, była cenioną projektantką kostiumów. Ubierała m.in. Davida Bowiego, Johna Lennona i wiele gwiazd rocka lat 70. Dzięki temu młody Saul od najmłodszych lat obracał się w środowisku muzyków i artystów.

Gdy miał jedenaście lat rodzice się rozeszli. Saul wyjechał z mamą do Los Angeles. Po rozwodzie rodziców – typowa przypadłość dziecka z rozbitej rodziny - trudny okres. Sam Saul określał siebie jako "problemowe dziecko". Szkoła nie była jego miejscem ulubionym, a jak już tam się pojawiał był postrzegany jako outsider i samotnik.
W wieku 15 lat dostał od babci starą hiszpańską gitarę. Trafiony podarek. Wpłynął na resztę jego życia. Grał na niej po 12h dziennie.
Do tego czynnik ludzki - dorastał w zamożnym, artystycznym domu, w którym częstymi gośćmi byli przedstawiciele rockowej bohemy, m.in. David Bowie, Iggy Pop i David Geffen. Ten ostatni odegra za parę lat ważną rolę w karierze Saula, ale o tym za chwilę. Teraz niech wkroczy w historię młodego Hudsona jeszcze jeden znajomy rodziców - aktor Seymour Cassel*, który zauważył, że młody Saul nie potrafi usiedzieć w miejscu – ciągle gdzieś biega, coś organizuje, zaczyna kolejne przedsięwzięcia. ‘Wujek’ Seymour powiedział, że Saul "przecina" życie z jednego zajęcia do drugiego, zawsze jest w ruchu, i zaczął wołać na niego "Slash". Ta ksywka przylgnęła do niego na tyle, że rodzona matka zaczęła tak go nazywać.
Saul został Slashem**, niczym Abram Abrahamem, Jakub Izraelem, a Szymon – Piotrem. Istne powołanie, misja i zmiana tożsamości.

W pierwszej połowie lat 80. grał w kilku lokalnych zespołach, m.in. Hollywood Rose. W 1985 roku dołączył do nowo powstałego Guns N' Roses, zastępując Traciiego Gunsa. W składzie znaleźli się również Axl Rose, Izzy Stradlin, Duff McKagan i Steven Adler.
Kiedy Guns N' Roses podpisali kontrakt z Geffen Records, David Geffen*** początkowo nie skojarzył, że gitarzysta zespołu to ten sam Saul Hudson, którego znał jako dziecko. Slash wspominał, że dopiero jego matka powiedziała Geffenowi: „Mój syn jest gitarzystą, powinieneś go znać – jest w zespole, który podpisał kontrakt z twoją wytwórnią.” Geffen miał zapytać: „W którym?”, usłyszał: „Guns N'Roses. To Slash.

W tym wydaniu Prorocka na okazję urodzin Slasha – „święte riffy i grzeszne solówki” tego znakomitego gitarzysty.
„6 strun i jeden cylinder” – o sławetnym cylindrze opowiem w audycji. Włączcie się choćby na 92FM.

Maciej Papke.




*Seymour Cassel (1935–2019) był amerykańskim aktorem charakterystycznym, jednym z najbliższych współpracowników reżysera Johna Cassavetesa, uznawanego za ojca amerykańskiego kina niezależnego. Wystąpił w ponad 200 filmach i serialach, a za rolę w filmie Faces (1968) otrzymał nominację do Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego. W późniejszych latach często pojawiał się również w filmach Wesa Andersona.

**W Nowym Testamencie Saul stał się Pawłem. Choć nie jest to biblijna ‘klasyczna’ renominacja. Saul (Szaweł) ma odpowiednik w łacinie - Paulus. Tu raczej Ewangelista Łukasz zaczyna używać od Dz 13,9 formy łacińskiej.
Niemniej w Biblii zmiana imienia nie jest kosmetyczną poprawką. To akt stwórczy – Bóg nadając nowe imię, nadaje człowiekowi nową tożsamość, nowe powołanie i nową przyszłość.

*** David Geffen to jedna z najpotężniejszych postaci w historii amerykańskiego przemysłu muzycznego. Urodzony w 1943 roku w Brooklynie. Korzenie polsko-ukraińskie.
W 1971 roku założył Asylum Records, wytwórnię, która wypromowała m.in. Eagles, Jacksona Browne'a i Lindę Ronstadt. Dziewięć lat później stworzył Geffen Records, podpisując kontrakty z takimi artystami jak John Lennon, Elton John, Aerosmith, Cher czy Guns N' Roses. W 1990 roku uruchomił także DGC Records, gdzie karierę zrobiła Nirvana. W połowie lat 90. współtworzył filmowe imperium DreamWorks razem ze Stevenem Spielbergiem i Jeffreyem Katzenbergiem.
Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
Zdałem sobie sprawę, że jestem paleontologiem muzyki. Jakimś górnikiem muzycznych złogów ale i złóż. Kiedy wychodzę z tej kopalni na powierzchnię i nastawiam me ucho na nowe brzmienia, to ktoś postronny stwierdziłby, że nawet się nie wsłuchałem, a już wydaję opinię. Albo gorzej: nie mam zdania i zainteresowania. Żeby nie było - w odtwarzaczu strimingowym i smartfonie mam ustawione nowości, polecanki, 'poznaj twoje brzmienia Macieju'. I nawet jeśli ta muzyka ma towarzyszyć, być tłem innych zajęć, to albo mi przeleci przez ucho jałowymi nutami i nie zasieje plonu, albo zaciągnie chwastem, że klikam next.

Trochę mnie to uwiera, bo chciałbym wyjść już z tego muzeum, zakończyć szychtę, odetchnąć świeżym riffem, posmakować nowych rytmów.

Nie wiem naiwnie dlaczego, jakąś cichą nadzieją obiecuję sobie, że jak będzie już ten urlop, ten mityczny czas, to wtedy te nowości lepiej wejdą. Będę miał większą ochotę na zaciągnięcie się czymś nowym. Zdaję sobie sprawę, że podobne wewnętrzne słowo honoru dałem książkom – wiadomo mityczne czytanie na urlopie – bo się odprężę. A może filmy obejrzę, bo póki co wystarczają mi trajlery. Tak, miałem jeszcze sufit w łazience przemalować. Wyspać się. I zarazem wcześnie wstać, bo jak dobrze wstać skoro świt. Napiszę listy. Posegreguję zdjęcia. Zrobię najlepsze treningi rowerowe.

Pierw oczywiście zanim pójdę na ten urlop, to muszę w pracy zostać nieco dłużej, aby dopięć wszystkie kwestie. Co prawda przed samym urlopem dłużej i intensywniej pracuję, niż potrwa sam urlop. Dlatego przez pierwsze dwa, trzy dni urlopu jest jakiś nerw i niespokojna inercja poprzednich tygodni. Czytanie nie wchodzi, nowa muzyka drażni. Budzę się wcześniej, choć chciałem pospać. Jak chcę wcześniej wstać to jestem w malignie. W mieszkaniu chaos nieporządku spuchniętych dni przedurlopowych, blokuje ruchy mentalne*. Stwierdzam, że na film to szkoda czasu. Nad książką nie mogę się skupić. O proszę, zaczęło padać, trening rowerowy odpada. Może pomaluję łazienkę. I włączę coś z archeo do słuchania. Niech będzie Jon Lord. Klawiszowiec. Przede wszystkim Deep Purple. Hammond pełnoprawny.

I tak też będzie w Prorocku – na okazję rocznicy śmierci tego muzyka, trochę odkopałem klawiszy Jon'a, jak i innych muzyków. Jon Lord – człowiek, który sprawił, że klawisze w rocku wyszły z cienia gitar. Przypomnimy nie tylko jego muzykę, ale też utwory, które zmieniły historię rockowych instrumentów klawiszowych. Hammond, Moog, syntezatory i kilka ponadczasowych klasyków.

Czwartek, godzina 19:00



*nie jestem jedyny. Podobne stany mają inni. Kiedy idziesz na urlop, twoje ciało i umysł wciąż są w trybie walki. Weekend a nawet dwa tygodnie wolnego to za mało, aby zregenerować organizm żyjący w trybie lokomotywy z wagonami towarowymi i osobowymi. Na wolnym pojawia się niewytłumaczalna presja:narzucasz sobie wysokie tempo nawet na wakacjach. Myślisz, że "musisz" coś zwiedzić lub zrobić idealne zdjęcia zamiast po prostu odpocząć. Psychologowie tłumaczą: na początku urlopu możesz czuć się gorzej. Czasami to tzw. urlopowa depresja (z ang. Holiday Blues), która mija po kilku dniach. Spoko pani psycholog, tylko dla mnie to będzie zjedzone połowę urlopu.
Spać czy szkoda czasu? | Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
Spać czy szkoda czasu? | Fot. Maciej Papke [Radio Szczecin]
Martwię się o upływ czasu*. Że tenże jest nam dany raz. Że go nie cofniesz, że ciągle płynie, że go nie zatrzymasz. Tysiące słów o tym napisałem (i zagrałem).

I wyłuskuję z tego zegara kawałki życia. Mam poczucie, że może zbyt nerwowo. Nalewając wodę do dzbanka, nie czekam aż naczynie się napełni. Nie stoję, nie patrzę. Daję słabszy strumień aby w tym czasie zrobić coś innego. Szkoda mi czasu.

Nawet teraz piszę te słowa dlatego, bo mam godzinę przymusowego przestoju w aucie. Szkoda mi czasu na tzw. nicnierobienie. Jestem ciągle w ruchu, w drodze, w czasie i przestrzeni.

Martwię się o ten upływ, bo owszem „Czas jest darmowy, ale jest bezcenny. (...) Raz stracony nie może być nigdy odzyskany." jak napisał Harvey MacKay**. I ja tak walczę z rzeczywistością. Ale nie mam szans. Wszystkiego nie przesłucham, nie zobaczę. Nie odwiedzę. Choćbym nie wiem jak się wytężał.

Niemniej, boli mnie marnowanie czasu. Tak, wiem. Trzeba się umieć zatrzymać.

Miewałem też dylematy - czy wyłuskiwać ten czas, czy pójść spać. Ogólnie – sen postrzegałem jako marnotrawstwo czasu. Szkoda życia na spanie. Jest dylemat potężny. Bo ja lubię spać. Jedna z koleżanek redakcyjnych mówi, że jak śpię to nie wiem czy lubię. Bo śpię. A ja czuję, że śpię. I lubię. Choć ostatni raz wyspałem się dawno temu w odległej galaktyce. Kiedy nie byłem ojcem jeszcze. Po narodzinach pierwszego dziecka, mój sen się odmienił. Życie też. Jednakże i teraz 8 godzin snu wchodzi aż miło. Tak sen jest ważny***.

Późną wiosną, wczesnym latem walka i dylemat powraca na nowo. Długie dni, krótkie noce, zachęcają do korzystania z życia za jasności. Od świtu do zmierzchu. Niewiele na sen pozostaje. Taka walka postu z karnawałem. Albo walka karnawału dnia z karnawałem snu.

Kilka razy doświadczyłem bezsenności. Kilka. Faktycznie męczące. Któregoś razu potrzebowałem książeczki wojskowej do załatwienia jakichś „ważnych spraw". Przypomniałem sobie o tym zasypiając i zdałem sobie sprawę, że nie wiem gdzie ten dokument jest. I nie zasnąłem. Mało tego, wstałem w nocy w poszukiwaniu tegoż, jakby to coś miało odmienić. Ryłem w nocy po szufladach i teczkach.
Przy okazji - Insomnia. Pamiętacie ten film z Al'em Pacino i Robinem Williamsem?****


W najbliższym Prorocku posłuchamy piosenek o śnie, marzeniach sennych, bezsenności i przebudzeniu. Repertuar dobrałem tak, aby nie wyszedł zestaw kołysanek. Bo w lipcu o 19 to jest jeszcze dzień. Szkoda przespać taki czas.


*Te felietony, które tu uskuteczniam, zauważyłem, że dotyczą wartości fizycznych. Jak choćby droga i czas.

** To amerykański autor książek. Znam jeszcze jeden cytat jego autorstwa: "Rób to, co kochasz, a już nigdy nie będziesz musiał pracować".

***"Dlaczego śpimy. Odkrywanie potęgi snu" - Matthew Walker. Tę pozycję też polecam. Za namową mojego syna, który ją przeczytał. I dobrze. Może zrozumie jak mi się życie odmieniło tym snem.
Ja czytam ją w łóżku, ale wciąż zasypiam i nie mogę dokończyć.

****Bezsenność (ang. Insomnia) – film fabularny z 2002 roku w reżyserii Christophera Nolana.
Szczecin. Mój Królewiec | Fot. Maciej Papke
Szczecin. Mój Królewiec | Fot. Maciej Papke
Posłuchaj Prorocka Nomada
Nie jestem współczesnym nomadą. Prędzej mi w tej materii do Immanuela Kanta patrona współczesnych domatorów. I choć to mit, że Kant nie opuścił nigdy Królewca, to jednak prowadził niezwykle stacjonarny tryb życia. Nigdy nie wyjechał zagranicę ani nie odbył dalekich podróży. Do Gołdapi wyjechał najdalej – jakieś 150 km od domu.

Niektórzy muszą być w ruchu – ja też, ale jest to ruch bumerangu – wracam do domu. Inni wyruszają na poszukiwanie nowego. Współcześni koczownicy. Nomadzi – brzmi lepiej.
Nam Słowianom wywodzącym się z kultury agrarnej, przywykłych do osiadłego trybu życia, coraz bardziej udziela się sposób życia w rożnych miejscach odległych od miejsca wychowania, często poza „Tą Ziemią”. Ale daleko nam jeszcze do USA. Amerykanie są statystycznie jednym z najbardziej mobilnych narodów na świecie – przeciętny obywatel USA zmienia miejsce zamieszkania kilkanaście razy w ciągu życia, napędzany rynkiem pracy, elastycznością prawa i kulturowym przyzwoleniem na relokację.

Niemniej, my Polacy mamy obecnie większą ruchliwość, więcej możliwości aniżeli 30 lat temu. Wielu zbudowało życie na nowo na obczyźnie. Wielu z nas to Minimaliści i Poszukiwacze Wolności.
Dajmy na to Vanlife - ten styl eksplodował w pandemii. Jednak amerykański Vanlife z filmu „Nomadland” to często smutna konieczność ekonomiczna emerytów. W Polsce ten trend wygląda zupełnie inaczej – jest luksusowym hobby klasy średniej. Przerabianie busów na domy na kółkach czy kupowanie kamperów stało się u nas symbolem statusu i modnym sposobem na ucieczkę, ale z drugiej strony jest to też motywowane samorozwojem, chęcią ucieczki od konsumpcjonizmu lub potrzebą redukcji kosztów życia.
Zwariowałbym. Przeżyłem trzy przeprowadzki w swoim życiu i to tylko w obrębie jednego miasta. Dla mnie dużo. Jestem teraz w czwartym miejscu zamieszkania. Natomiast mój syn ma już szóstą miejscówkę. Nie będzie to ostatnia.

Pisałem, że statystyczny Amerykanin zmienia adres kilkanaście* razy w życiu. I wiecie co? Ja nie jestem w stanie przeprowadzić się do innego miasta, a tym bardziej do innego państwa. Nawet nie potrafię tego zwizualizować.
Moje ulubione pieczywo jest w piekarni na rogu**, mój widok z okna ma stałe, niezmienne współrzędne. Jestem agrarny, choć zajęć działkowych i ogrodniczych unikam jak mogę. Ale jestem lokalnym tubylcem, zapuściłem korzenie w swoim kodzie pocztowym. Tak, jestem zakorzeniony. Szczecin to mój Królewiec, jestem Immanuelem Niebuszewa***.
I pamiętajcie - Nasz dom jest tam, gdzie cmentarze naszych ludzi****.

Prorock się nie przeniósł, nie przeprowadził. Wyjechał na letnie wakacje. Teraz nadaje w czwartki o 19. Zapamiętajcie.
W tym wydaniu posłuchamy muzyki gdzie będą historie ludzi, którzy całe życie szukają swojego miejsca. I są tacy, którzy już dawno zrozumieli, że ich miejscem jest droga.




*wg statystyk Amerykanin zmienia adres 11 razy.
** nie jest na rogu. Moja piekarnia jest na jednej z ulic Niebuszewa. Wiecie gdzie.
***choć w mych przeprowadzkach mieszkałem w Centrum i Śródmieściu
**** Cytat z Tomasza Kołodziejczaka. Choć pierw spamiętajmy chyba z Norwida: „Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie.”

możesz pisać do mnie: papke@radioszczecin.pl
Podróżować jest bosko | fot. Maciej Papke
Podróżować jest bosko | fot. Maciej Papke
Więcej się można nauczyć podróżując
Podróżować, podróżować jest bosko

- Jak mawiała Gladys del Carmen Lattarulo, Gladys Semiramis

Czerwiec to miesiąc przejściowy. Forpoczta wakacji, awangarda lata.
Tydzień w Italii. Planowany kilka miesięcy wcześniej. Nie ukrywam, przytłoczyło mnie to, co miało mnie odstresować i urlopować.
Gdzieś zanikła w mej duszy, nie wiem kiedy, chęć podróżowania i poznawania zagranicy.
W ostatnim czasie miałem propozycję wyprawy rowerowej po Ameryce Południowej. Niemal bezkosztowo. Wiecie, że odmówiłem? Nie ciągnęło mnie, a dodatkowo miałem różne inne powody, które pomogły mi odmówić bez żalu tę ekskursję. Choćby lęk przed obcymi ludźmi, z którymi miałbym przemierzać szlaki i tworzyć zespół.

Pociągiem pojechałem do Poznania, aby z tego miasta wystartować do Bari. I w tym pociągu pejzaż czerwcowy zaokienny, jeszcze rodzimy zachodniopomorski się przesuwał. Wiało mickiewiczowską tęsknotą, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem...
Wyobraźnią widziałem siebie na rowerze wśród zbóż szumiących fal.
Pociąg przetoczył się przez Dobiegniew. Jakiś czas temu całkowicie przez przypadek via Choszczno dojechałem tamże na rowerze. W tym Choszcznie przed południem byłem pierwszym klientem w lokalnej kafejce. Na rowerze każdy sernik i każda kawa smakują podwójnie. Droga wówczas też mi smakowała. Dlatego obrałem kurs na Dobiegniew. Tam skosztowałem lokalnej architektury i wzmocniłem się tradycyjnie polskim kebabem. W pełni zadowolony i wyluzowany wróciłem już pociągiem do Szczecina, nadal delektując się ekskursją.

No właśnie, kulinaria. Większość z nas przeżywa podróże kulinarnie. I ja to rozumiem. Sam jednak jestem gastronomicznym abnegatem, moja dieta jest nudna, mało zróżnicowana. Nie ryzykuję zagranicznych wynalazków. ‘Zalewajka. Albo pyzy. Niech się schowają te wasze żaby i ślimaki’. Zatem wyjazdy z wątkiem kuchennym nie powodują u mnie strzygania uszami.

Czy podróże kształcą? Zapewne tak, wszak w Bari przypomniałem sobie 30 słów z 60 jakie poznałem po włosku w swoim życiu.
Trochę dworuję sobie. Rzecz w tym, że podróże naprawdę kształcą. Najbardziej chyba tych przygotowanych. Wszak ludzkie oko zobaczy to, co wcześniej ucho usłyszało. Innymi słowy - więcej dostrzeżemy, zobaczymy w podróży, o ile wcześniej się coś dowiedzieliśmy o danym miejscu, czy to przeczytaliśmy, czy to usłyszeliśmy.

Podróże też się zmieniły. Świat się skurczył, drogi skróciły, nawet te najdalsze. Prawie każdy z nas miał wujka marynarza*. Jego projekcja slajdów zamorskich zakątków świata przy zapachu pomarańczy pobudzała wyobraźnię i czyniła wujka Tonym Halikiem.
Jak byłem dzieckiem i moja babcia jechała do Wałbrzycha, albo Warszawy odwiedzić rodzinę, to się na pociąg ja odprowadzało i machało na pożegnanie. Ona ruszała gdzieś daleko niczym podróżniczka jakaś. Potem wyczekiwanie kartki pocztowej - "Jestem, dojechałam. Krysia każe pozdrowić”.

Tydzień w Italii. Inne słońce, inni ludzie. Kolory miasta, morska toń też inna. Zapachy. Dźwięki, gwar**, klaksony. A smaki takiemu profanowi kulinarnemu jak ja - też podeszły. No i kawa. Doceniam.
I tak jak cieszy mnie kajak na okolicznych szczecińskich akwenach, trekking w Karkonoszach i trasa rowerowa do Nowego Warpna, to nie oszukujmy się: do tego Bari (i innego też), warto się udać. Każda droga, nowe miejsce, poznane zwyczaje, są wartością dodaną.
Dobrze, że pojechałem.

W tym Prorocku po raz kolejny motyw drogi. Podróży.



* Tak,wiem. Niektórzy mieli Tatów marynarzy.
** Jeśli chodzi o gwar w Bari i okolicach, to ojczystą mowę słyszałem wszędzie. Absolutnie wszędzie wokół siebie.
1234