Zabrałem synów do kina. Top Gun. Film z 1986 roku właśnie obchodzi swoje 40 urodziny i kina w Polsce właśnie przypominają ten obraz. Na dużym ekranie widziałem ten film po raz pierwszy, choć był ponoć wyświetlany w polskich kinach w roku 1991. Dla mnie to klasyk VHS, zresztą to właśnie ten tytuł zapisał się jako najlepiej sprzedający się film na kasecie VHS.
Ja raczej oglądałem oryginalną kopię kopii, przegrywaną z innej kopii.
Nie ma w tym filmie większego przesłania, nie ma co szukać głębi. Są przełomowe i efektowne ujęcia scen lotniczych, ryk silników, przystojni piloci. I muzyka. Bo to ona zebrała dla tej produkcji nagrody filmowe.
Jest to historia raczej prosta. Ale dobrze się oglądało. Film nie zestarzał się jak na swoje 40 lat i synowie wydali mu dobre oceny. Ziarnisty obraz, sposób oświetlenia, kadrowania, narracji i bardzo szybkiego montażu nawet jak na współczesne czasy, mógł - i się spodobał. Dla uzupełnienia luki emocjonalnej idziemy jeszcze na Mavericka.
Jestem w jakimś niebezpiecznie emocjonalnym momencie przyjmowania otaczającej mnie rzeczywistości. Bardziej mnie ciągnie do rzeczy które kiedyś poznałem, niż do nowych. Czy jest psycholog i terapeuta na sali?! Panie doktorze, czy jestem stary?
Rzecz w tym, że ostatnimi czasy nie mam sił na nowe kino. Może to z racji wieku, choć pocieszam się, że pewne filmy widziałem będąc młodszym po wiele razy. Imperium kontratakuje przestałem liczyć po 21 seansach. Z muzyką jest trochę podobnie - pisałem o tym trochę tutaji tutaj.
A skoro rzecz o starości. W tym wydaniu Prorocka z 16 maja, zagra(ł) Willie Nelson. Tego roku w kwietniu obchodził swoje – uwaga - 93. urodziny! Oprócz tego, że to piękny wiek, Willie jak gdyby nigdy nic, wydaje właśnie swój 156. album, zatytułowany "Dream Chaser", który ukaże się 29 maja. Mało tego, artysta zapowiedział trasę koncertową.
Na tym albumie udziela się jego przyjaciel – Bob Dylan. I w jednym z wywiadów, tenże Dylan o Willie Nelsonie powiedział tak:
- Trudno mówić o Williem bez powiedzenia czegoś głupiego lub nie na temat, on jest tak wielowymiarowy. Jak można go zrozumieć? Jak zdefiniować to, co nieokreślone lub niezgłębione? Co można o nim powiedzieć? Starożytna dusza wikinga? Mistrz budowania niemożliwego? Poeta-patron ludzi, którzy nigdy do końca nie pasowali do otoczenia i nie przejmowali się tym zbytnio? Filozof bimbru? Wędrowny piosenkarz z doktoratem? Trubadur w czerwonej bandanie, z warkoczami niczym podwójne lassa łapiące wieczność? Co powiedzieć o facecie, który gra na starej, zniszczonej gitarze, traktując ją jak ostatniego wiernego psa we wszechświecie? (...) Kowbojskie zjawisko, pisze piosenki z dziurami, przez które można się przecisnąć, by uciec od czegoś. Głos jak ciepłe światło na ganku, pozostawione dla wędrowców, którzy zbyt wcześnie się pożegnali lub zostali zbyt długo. Myślę, że można tak powiedzieć. Ale to naprawdę niewiele mówi ani nie wyjaśnia niczego na temat Williego. Osobiście zawsze znałem go jako osobę życzliwą, hojną, tolerancyjną i wyrozumiałą wobec ludzkich słabości, dobroczyńcę, ojca i przyjaciela. Jest jak niewidzialne powietrze. Jest wysoko i nisko. Żyje w harmonii z naturą. I to właśnie czyni go Williem - pisał w zeszłym roku dla "New Yorker’a” Bob Dylan.
Być jak Willie.

Radio Szczecin