Podróżować, podróżować jest bosko
- Jak mawiała Gladys del Carmen Lattarulo, Gladys Semiramis
Czerwiec to miesiąc przejściowy. Forpoczta wakacji, awangarda lata.
Tydzień w Italii. Planowany kilka miesięcy wcześniej. Nie ukrywam, przytłoczyło mnie to, co miało mnie odstresować i urlopować.
Gdzieś zanikła w mej duszy, nie wiem kiedy, chęć podróżowania i poznawania zagranicy.
W ostatnim czasie miałem propozycję wyprawy rowerowej po Ameryce Południowej. Niemal bezkosztowo. Wiecie, że odmówiłem? Nie ciągnęło mnie, a dodatkowo miałem różne inne powody, które pomogły mi odmówić bez żalu tę ekskursję. Choćby lęk przed obcymi ludźmi, z którymi miałbym przemierzać szlaki i tworzyć zespół.
Pociągiem pojechałem do Poznania, aby z tego miasta wystartować do Bari. I w tym pociągu pejzaż czerwcowy zaokienny, jeszcze rodzimy zachodniopomorski się przesuwał. Wiało mickiewiczowską tęsknotą, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem...
Wyobraźnią widziałem siebie na rowerze wśród zbóż szumiących fal.
Pociąg przetoczył się przez Dobiegniew. Jakiś czas temu całkowicie przez przypadek via Choszczno dojechałem tamże na rowerze. W tym Choszcznie przed południem byłem pierwszym klientem w lokalnej kafejce. Na rowerze każdy sernik i każda kawa smakują podwójnie. Droga wówczas też mi smakowała. Dlatego obrałem kurs na Dobiegniew. Tam skosztowałem lokalnej architektury i wzmocniłem się tradycyjnie polskim kebabem. W pełni zadowolony i wyluzowany wróciłem już pociągiem do Szczecina, nadal delektując się ekskursją.
No właśnie, kulinaria. Większość z nas przeżywa podróże kulinarnie. I ja to rozumiem. Sam jednak jestem gastronomicznym abnegatem, moja dieta jest nudna, mało zróżnicowana. Nie ryzykuję zagranicznych wynalazków. ‘Zalewajka. Albo pyzy. Niech się schowają te wasze żaby i ślimaki’. Zatem wyjazdy z wątkiem kuchennym nie powodują u mnie strzygania uszami.
Czy podróże kształcą? Zapewne tak, wszak w Bari przypomniałem sobie 30 słów z 60 jakie poznałem po włosku w swoim życiu.
Trochę dworuję sobie. Rzecz w tym, że podróże naprawdę kształcą. Najbardziej chyba tych przygotowanych. Wszak ludzkie oko zobaczy to, co wcześniej ucho usłyszało. Innymi słowy - więcej dostrzeżemy, zobaczymy w podróży, o ile wcześniej się coś dowiedzieliśmy o danym miejscu, czy to przeczytaliśmy, czy to usłyszeliśmy.
Podróże też się zmieniły. Świat się skurczył, drogi skróciły, nawet te najdalsze. Prawie każdy z nas miał wujka marynarza*. Jego projekcja slajdów zamorskich zakątków świata przy zapachu pomarańczy pobudzała wyobraźnię i czyniła wujka Tonym Halikiem.
Jak byłem dzieckiem i moja babcia jechała do Wałbrzycha, albo Warszawy odwiedzić rodzinę, to się na pociąg ja odprowadzało i machało na pożegnanie. Ona ruszała gdzieś daleko niczym podróżniczka jakaś. Potem wyczekiwanie kartki pocztowej - "Jestem, dojechałam. Krysia każe pozdrowić”.
Tydzień w Italii. Inne słońce, inni ludzie. Kolory miasta, morska toń też inna. Zapachy. Dźwięki, gwar**, klaksony. A smaki takiemu profanowi kulinarnemu jak ja - też podeszły. No i kawa. Doceniam.
I tak jak cieszy mnie kajak na okolicznych szczecińskich akwenach, trekking w Karkonoszach i trasa rowerowa do Nowego Warpna, to nie oszukujmy się: do tego Bari (i innego też), warto się udać. Każda droga, nowe miejsce, poznane zwyczaje, są wartością dodaną.
Dobrze, że pojechałem.
W tym Prorocku po raz kolejny motyw drogi. Podróży.
* Tak,wiem. Niektórzy mieli Tatów marynarzy.
** Jeśli chodzi o gwar w Bari i okolicach, to ojczystą mowę słyszałem wszędzie. Absolutnie wszędzie wokół siebie.

Radio Szczecin