Sprzątam. Kurzy się w mieszkaniu ostatnimi laty jak nigdy wcześniej. Najbardziej siwieją regały z książkami i płytami kompaktowymi. Dwa razy do roku zarządzam potężną walkę z desantem roztoczy. Z regałów od sufitu po podłogę woluminy są sukcesywnie wydobywane na środek pokoju. Każdy z nich jest odkurzany, wnęki biblioteczki są przecierane antystatyczną substancją — to już wojna chemiczna. Wygięte półki tychże regałów przekładam wybrzuszeniem do góry.
Podczas przekładania książek, za każdym razem jestem zdziwiony, że niektóre pozycje wciąż czekają na przeczytanie, wręcz zdają się pytać - przeczytasz mnie jeszcze?
Mój syn — najstarszy — odwiedzając dom rodzinny utyskiwał ostatnim razem, że rozumie posiadanie książek, ale w domu jest trochę ciasno i warto się chyba ich pozbyć. Szczególnie tych, które już przeczytałem. Albo zamienić je na elektroniczne, jak on to poczynił. Utylitarność jego pokolenia, mikrogeneracji na styku millenialsów i zetek.
Jeszcze mu nie wyklarowałem czym jest zjawisko zwane w języku japońskim tsundoku. Pokrótce — jest to kupowanie książek i odkładanie ich do przeczytania na później. Dodatkowo, czasem robią się z tego małe wieże na stoliku nocnym i stosy tytułów na biurku, które czytane są naprzemiennie. Znacie to.
Książki posiadam i kupuję poniekąd z myślą o przyszłości. Wierzę, że znajdę więcej czasu, spokojniejszy moment albo odpowiedni nastrój na konkretną historię.
Z natury swej książki są cierpliwe, zaczekają.
Umberto Eco miał w Mediolanie zbiór 30 tysięcy książek. Z kolei w jego wiejskiej rezydencji biblioteka miała 20 tysięcy pozycji. Zdecydowanej większości tych książek nie przeczytał, choć czytał nałogowo. Na temat swojej przypadłości tsundoku mówił tak: "Są rzeczy, które po prostu warto mieć w zapasie, nawet jeśli korzystamy z nich rzadko. Jeśli potraktujemy książki jak lekarstwa, zrozumiemy, że lepiej mieć pełną apteczkę. Bo gdy dusza potrzebuje uzdrowienia, sięgamy po książkę — nie przypadkową, lecz tę właściwą na dany moment. Dlatego wybór jest tak ważny.”
Podczas przekładania książek, za każdym razem jestem zdziwiony, że niektóre pozycje wciąż czekają na przeczytanie, wręcz zdają się pytać - przeczytasz mnie jeszcze?
Mój syn — najstarszy — odwiedzając dom rodzinny utyskiwał ostatnim razem, że rozumie posiadanie książek, ale w domu jest trochę ciasno i warto się chyba ich pozbyć. Szczególnie tych, które już przeczytałem. Albo zamienić je na elektroniczne, jak on to poczynił. Utylitarność jego pokolenia, mikrogeneracji na styku millenialsów i zetek.
Jeszcze mu nie wyklarowałem czym jest zjawisko zwane w języku japońskim tsundoku. Pokrótce — jest to kupowanie książek i odkładanie ich do przeczytania na później. Dodatkowo, czasem robią się z tego małe wieże na stoliku nocnym i stosy tytułów na biurku, które czytane są naprzemiennie. Znacie to.
Książki posiadam i kupuję poniekąd z myślą o przyszłości. Wierzę, że znajdę więcej czasu, spokojniejszy moment albo odpowiedni nastrój na konkretną historię.
Z natury swej książki są cierpliwe, zaczekają.
Umberto Eco miał w Mediolanie zbiór 30 tysięcy książek. Z kolei w jego wiejskiej rezydencji biblioteka miała 20 tysięcy pozycji. Zdecydowanej większości tych książek nie przeczytał, choć czytał nałogowo. Na temat swojej przypadłości tsundoku mówił tak: "Są rzeczy, które po prostu warto mieć w zapasie, nawet jeśli korzystamy z nich rzadko. Jeśli potraktujemy książki jak lekarstwa, zrozumiemy, że lepiej mieć pełną apteczkę. Bo gdy dusza potrzebuje uzdrowienia, sięgamy po książkę — nie przypadkową, lecz tę właściwą na dany moment. Dlatego wybór jest tak ważny.”
Umberto Eco swoich gości w bibliotece dzielił na tych z reakcją powierzchowną, którzy pytali „ile z tych książek pan przeczytał?” - oraz na mniejszość rozumiejącą, że wartość tkwi w potencjale wiedzy czekającej na odkrycie. Tak, obecność tytułów, które trzymam na półkach motywuje do myślenia i poszukiwań, nawet jeśli jeszcze do nich nie zaglądałem. Jest to dla mnie obietnica przyszłego doświadczenia. Widok nieprzeczytanych tomów przypomina mi, jak mało jeszcze wiem.
Poza tym regał z książkami ma praktyczny wymiar — może i jest polem uprawnym dla kurzu, znakomicie jednak tłumi dźwięk, eliminując pogłos. Jest przytulniej w ich obecności. A gdybym był youtubowym publicystą, mógłbym wymądrzać się na ich tle. Poza tym, moją kolekcję książek traktuję czasem jako mikrobibliotekę w funkcji referencyjnej. Często wolę coś wynotować samemu, niż wyświetlić w Googlu czy Wikipedii.
Jest taki filozof i ekonomista Nicholas Taleb. Nie czytałem jego bestsellerowego "Czarnego Łabędzia”, czy też "Antykruchości” — to jeszcze przede mną. I tenże autor napisał mniej więcej te słowa, że "prywatna biblioteka nie jest po prostu dodatkiem podnoszącym ego, ale narzędziem badawczym. Bo im więcej wiemy, tym dłuższe są rzędy tego, co nieprzeczytane”. I taki zbiór książek Taleb nazywa antybiblioteką. Czyli nieprzeczytane książki uczą nas skromności wobec tego, czego jeszcze nie wiemy.
Jeszcze jeden aspekt wiążący się z fizycznymi książkami. Źródła internetowe do trenowania modeli sztucznej inteligencji już się skończyły. Internet przeczytał się sam wiele razy. Wobec tego, przepotężne firmy technologiczne, masowo skupują z antykwariatów i niszczą fizyczne książki, aby pozyskać czyste, wysokiej jakości dane treningowe dla AI. Jest w tym jakiś rodzaj barbarzyństwa rodem ze świata Matrixa - maszyny tych gigantycznych firm technologicznych odcinają grzbiety tomów, by szybko przepuścić luźne kartki przez przemysłowe skanery, po czym zniszczone egzemplarze trafiają na makulaturę. Co ciekawe, tego potwora interesują tylko książki wydane przed 2022 rokiem — te późniejsze mogą być już "skażone” sztuczną inteligencją. Sprawdziłem — pośrednicy i firmy technologiczne nabywają miliony woluminów. Na przetrawienie i wydalenie.
Wracam do regałów.
Odkurzyłem też płyty kompaktowe z muzyką. Nawet żona przecierając każde pudełko ze srebrnym krążkiem zastanawiała się, czy skoro tyle muzyki jest w sieci, to warto trzymać płyty? Odpowiadam wszystkim — tak, warto. Bo muzyka w sieci, czyli gdzie? A płyta? W pudełku, z okładką, książeczką, to motyw fizyczny namacalny i w gruncie rzeczy jest różnica między posiadaniem muzyki, a posiadaniem dostępu do muzyki.
Moja kolekcja, czy też zbiór płyt, to muzyczne tsundoku. Ograniczony dostęp do tytułów na półce to paradoksalnie ułatwienie wyboru. Nieodsłuchane CD na regale jest trochę jak nieprzeczytana książka — to jest możliwość, która czeka.
Mam też obawę, że kiedyś te streamingi będą chciały pożreć fizyczne nośniki, jak te AI pochłaniające książki. I kiedy już nie będzie w sprzedaży płyt fizycznych, ceny w streamingach zaczną rosnąć. Albo będzie więcej reklam przed i po piosence. A niektóre tytuły i artyści będą culture cancel.
I wtedy znajdzie się paru partyzantów jak ja — z płytami, może nawet kasetami i będzie tworzyło rebelię puszczając nutki nieprzychylne Bestii.
Pamiętajcie dziatki drogie — streaming daje dostęp. Kolekcja daje historię.
Na koniec — czy podczas odkurzania znalazłem płyty nieodsłuchane? Tak, ale mało. Bardziej zdumiały mnie tytuły o których zapomniałem, że je posiadam. Może warto je przedstawiać kawałkami w Proroku? Co myślicie? W tym wydaniu audycji, która dobrze rockuje trochę pozycji z płyt odkurzonych, ale i trochę nowości.
Prorock. Zapraszam w czwartek 27 sierpnia o godzinie 19:00.
No i muszę jeszcze podesłać ten tekst najstarszemu synowi. Niech przeczyta to wszystko, bo nie chce mi się powtarzać.

Radio Szczecin