Bo zanim gameplay – widać, że ta gra nie bierze siebie śmiertelnie poważnie. I to bardzo dobrze. Bo to, co wyszło spod klawiatur polskich twórców (bo to nasz, rodzinny, kurczęcy tytuł) jest świetne. Z jednej strony mamy nawiązania do rozmaitych dzieł kultury, a po drugie dialogi są napisane bardzo dobrze. Odbiór jest przez to świetny i staje się to jednym z czynników, przez który nie chcesz się oderwać od klawiatury.
No ale dobrze, co to właściwie, kurcze, jest? Otóż dostajemy na talerz dwuwymiarowego roguelike’a w którym przemierzamy pomieszczenia, zwiększając stężenie ołowiu w drobiu ponad dopuszczalne normy. Pomaga nam w tym jeden z naszych kurczaków, którego w międzyczasie sami możemy ulepszać, czyniąc go, na przykład, odpornym na kwas czy wrzucając mu do rąk miniguna, bo czemu nie. Podczas przemierzania kolejnych pomieszczeń znajdujemy przedmioty, które ulepszają naszą postać, monety i klucze, które możemy wykorzystać podczas przemierzania pomieszczeń, oraz jajka, którymi ulepszamy statystyki naszej postaci już po wizycie na statku kosmicznym.
Warto dodać, że to early access – i mówię to dlatego, że raz podczas grania, to niedopieczenie się pokazało. Pomimo tego – chrząstek było mało, a mięsa naprawdę sporo. Rozgrywka jest żwawa, poziom trudności wymagający, ale nie dobijający, a do tego poziomy są generowane osobno dla każdej rozgrywki. Gameplayowo to stara, dobra formuła, z piórkami dla ozdoby.
Chickenauts to niby niepozorny roguelike, ale jak już się go odpali, to palce lizać. Jak to w „rogalach” – dzieje się sporo, jeszcze więcej jest do odkrycia. Wszystko jest nam podane na pięknie wyglądającym talerzu, a po każdej rozgrywce ciężko nie poprosić o dokładkę. Zwykle mam tak, że gry w early accessie nie dostają ode mnie ocen, warto jednak powiedzieć, że to nie wygląda jak półprodukt, tylko jak prawie gotowe danie. Jeszcze trochę czasu w piecu i będzie idealnie. Ale już teraz jest naprawdę świetnie, więc polecam spróbować.