Dungeon crawler z elementami strzelania, generowanymi proceduralnie poziomami, nawiązaniami do religii i nietypowym stylem – tak w jednym zdaniu można by podsumować ten tytuł, lecz jest to nie dość, że pokraczne, to jeszcze skrajnie niedopowiedziane. The Binding of Isaac jest grą, która była jedną z produkcji, które na swój sposób wprowadziła gatunek rogue-lite’ów do świadomości graczy. Jej pierwsza odsłona wyszła w 2011 roku i 15 lat później ten tytuł dalej jest ogrywany przez setki tysięcy graczy.
Nie sposób mówić o tej grze w oderwaniu od jej twórcy. Edmund McMillen ma swój specyficzny styl tworzenia gier. Jego pierwszym hitem był Super Meat Boy, niedawno ukazało się turowe Mewgenics, między nimi plasuje się właśnie The Binding of Isaac. Jest wiele przymiotników, którymi można opisać gry McMillena, od tych nacechowanych bardzo pozytywnie, do tych po drugiej stronie spektrum. Dla jednych nieszablonowe, dla drugich obrzydliwe. Jedni powiedzą kultowe, inni obrazoburcze. Takie jest też The Binding of Isaac. Fabularne osadzenie tej produkcji jest nawiązaniem do… biblijnej przypowieści o Abrahamie, który miał złożyć w ofierze swojego syna Izaaka. Tutaj w tej roli jest matka naszego protagonisty, a zamiast anioła, który ratuje Isaaca jest klapa w podłodze, która zrzuca nas do piwnicy i do walki z różnymi stworami.
Mechanicznie jest to gra z jednej strony prosta do opanowania, z drugiej bardzo trudna do wymasterowania. Sterowanie i strzelanie obsługujemy za pomocą dwóch zestawów klawiszy na klawiaturze, do tego trzy przyciski do używania znalezionych przez nas na piętrach przedmiotów i ze sterowania w sumie tyle. To jednak jak tytuł rozrósł się przez lata sprawia, że nie sposób pamiętać wszystkich przedmiotów, które wpływają na naszą rozgrywkę. Ta liczba napuchła do ponad siedmiuset wydanych w kilku DLC przez cały cykl życia gry. Sprawia to, że nie tylko przez generowane poziomy sprawiają, że każda rozgrywka jest inna.
Nie sposób mówić o tej grze w oderwaniu od jej twórcy. Edmund McMillen ma swój specyficzny styl tworzenia gier. Jego pierwszym hitem był Super Meat Boy, niedawno ukazało się turowe Mewgenics, między nimi plasuje się właśnie The Binding of Isaac. Jest wiele przymiotników, którymi można opisać gry McMillena, od tych nacechowanych bardzo pozytywnie, do tych po drugiej stronie spektrum. Dla jednych nieszablonowe, dla drugich obrzydliwe. Jedni powiedzą kultowe, inni obrazoburcze. Takie jest też The Binding of Isaac. Fabularne osadzenie tej produkcji jest nawiązaniem do… biblijnej przypowieści o Abrahamie, który miał złożyć w ofierze swojego syna Izaaka. Tutaj w tej roli jest matka naszego protagonisty, a zamiast anioła, który ratuje Isaaca jest klapa w podłodze, która zrzuca nas do piwnicy i do walki z różnymi stworami.
Mechanicznie jest to gra z jednej strony prosta do opanowania, z drugiej bardzo trudna do wymasterowania. Sterowanie i strzelanie obsługujemy za pomocą dwóch zestawów klawiszy na klawiaturze, do tego trzy przyciski do używania znalezionych przez nas na piętrach przedmiotów i ze sterowania w sumie tyle. To jednak jak tytuł rozrósł się przez lata sprawia, że nie sposób pamiętać wszystkich przedmiotów, które wpływają na naszą rozgrywkę. Ta liczba napuchła do ponad siedmiuset wydanych w kilku DLC przez cały cykl życia gry. Sprawia to, że nie tylko przez generowane poziomy sprawiają, że każda rozgrywka jest inna.
Pierwsza odsłona The Binding of Isaac wyszła w 2011 roku i była produktem tygodniowego game jamu. W 2014 roku ukazał się remake o podtytule Rebirth, który rozwijany jest de facto do dziś, poprzez dodatki i DLC. Ostatnie z nich wyszło nawet nie rok temu, dodając kolejną nową zawartość dla wiernych fanów serii. Według danych z serwisu SteamDB codziennie tytuł włącza dziesiątki, a momentami setki graczy naraz. Patrząc tylko na rekordowe wartości dla każdego tytułu z platformy Valve The Binding of Isaac jest w drugiej setce pod względem liczby graczy jednocześnie, przebijając choćby takie produkcje, jak Dying Light: The Beast, Battlefield V, Payday 3 czy Hearts of Iron IV. Stary fenomen dalej ma się dobrze i nie wygląda na to, aby miał szybko zgasnąć.

Radio Szczecin