Lokacje, wyposażenie, klimat, nawet w pewnej części fabuła - sporo tych inspiracji. Nie potraktujcie jednak tego jako wadę. To cecha, może nawet zaleta, a na pewno nie plagiat ani nic w tym rodzaju. Fear the Timeloop też oczywiście jest survival horrorem, w którym trzeba liczyć się z zasobami, pokonuje się kręte korytarze, walczy z zombiakami - choć nie tylko. Jak zdradzę za dużo - to zepsuję Wam część przyjemności z gry - zostawmy tę atrakcję dla tych, którzy kupią produkcję.
Podstawy są bardzo filmowe - James, główny bohater budzi się w opuszczonym szpitalu. Nie pamięta jak się tam znalazł, co było wcześniej. Po drodze okazuje się, że jest poszukiwany od wielu dni, jednak dla niego minęło raptem kilka minut. W czasie próby ucieczki szeryf, bo to jego fach, składa elementy układanki, które prowadzą go do rozwiązania całej sprawy. A! Jednak najważniejsze jest to, że James ma ranę postrzałową. Powoli się wykrwawia, a czas odlicza zegarek na jego nadgarstku. Za każdym razem ma kwadrans. Skończymy całą grę w 15 minut? Nie. James zginie. I to nie raz. A potem odrodzi się w punkcie, w którym zapisaliśmy ostatnio grę. To ta tytułowa pętla.
Następnym razem będziemy mądrzejsi o doświadczenie, część korytarzy pokonamy szybciej, wiemy które drzwi otworzyć. Co więcej, niektóre z nich da się odblokować tylko w trakcie ponownego przejścia. Właśnie ten mechanizm nadaje grze dynamiki i poczucia wyścigu z czasem, ciągłego napięcia, które powinno cechować survival horror. No i jest jedną z mechanik, którą trzeba zrozumieć, żeby ukończyć grę. Mamy też tu do czynienia na przykład z drzwiami, które występują parami. Otworzyć można tylko jedne - za sprawą specjalnego panelu. Drugie pozostają zamknięte - dopóki nie przechodzimy danego fragmentu drugi raz. Są też zamki, które otwierają się raz na jakiś czas, a potem - też przez czas określany przez licznik na nich - pozostają zamknięte. Co się stanie, jak nie będziemy mogli wyjść? Jest jeden sposób, aby się przekonać - poczekać. Do przejścia Fear the Timeloop, poza chęcią odkrycia fabuły, napędzała mnie też ciekawość: co twórcy jeszcze wymyślą, czym mnie zaskoczą. I za każdym razem przy takich rozwiązaniach to zaskoczenie było bardzo pozytywne. Trudno się od tej produkcji oderwać.
Trudno się oderwać mimo podstawowej bolączki - słabego budżetu. Gra nieco przypomina także graficznie wczesne Residenty. I nie jest to w tym przypadku komplement. Nie miałbym nic przeciwko, grafika to dalszy plan, ale chwilami miałem trudności w znalezieniu czegoś przez słabą rozdzielczość czy rozróżnieniu poszczególnych przedmiotów. Problematyczna bywa kamera, która też chwilami pozostawia nieco do życzenia. Bywa, że latarka nie oświetla niczego, bo snop światła tonie w ścianie. Bywa to irytujące, ale wciąż nie na tyle, żeby zrezygnować z dalszego grania. Zastrzeżenia mam też do walki - podstawowym orężem jest tonfa. James posługuje się nią, jakby ważyła 30 kilogramów. Przeciwnicy zresztą też tak chwilami na nią reagują, bo regularnie odpada im od niej głowa. Ciosy są powolne i trudno wycyrklować tak, żeby trafić i nie zostać trafionym jednocześnie. Od stróża prawa wymagałbym większej wprawy.
Jest również kilka absurdów - ze szpitala nie możemy wyjść, bo za drzwiami czai się tłum zakapturzonych postaci. Kilka serii powinno pomóc im nabrać szacunku do prawa. Niestety są kulo i tonfoodporni. Można było to rozwiązać w jakiś bardziej sensowny sposób. Sam James, kiedy mu się przyjrzeć wygląda dziwnie. Wiem, że budżet miał wielkość schowka na podróżne mydło, ale choć odrobinę sensowniej można było mu zrobić twarz, bo wygląda po prostu śmiesznie. Zaczyna też agresywnie i dziwnie krzyczeć przy atakach, James, nie twarz, ale ok - powiedzmy, że jest w dużym stresie i potrzebuje takiego dopingu.
G
dyby twórcy Fear the Timeloop dostali przyzwoity budżet - to mogłaby być perła o zasięgu międzynarodowym. Teraz? Teraz to jest naprawdę dobra produkcja, czuć tu pomysł i powiew świeżości. I chce się w nią grać, pomimo tych problemów. Ocena 7,5/10.