Radio SzczecinRadio Szczecin » Sport

Wierzę, że nasze miasto będzie na siatkarskiej mapie Polski i tyle - powiedział łamiącym się głosem MMG po ostatnim meczu Stoczni Szczecin. Fot. Kamila Kozioł [Radio Szczecin]
Wierzę, że nasze miasto będzie na siatkarskiej mapie Polski i tyle - powiedział łamiącym się głosem MMG po ostatnim meczu Stoczni Szczecin. Fot. Kamila Kozioł [Radio Szczecin]
Upadek szczecińskiej siatkówki zebrał żniwa. Część zawodników i pracowników sztabu nie poradziła sobie w nowej rzeczywistości. Dużo szczęścia miał Michał Mieszko Gogol. Szczecinianin trafił najpierw do olsztyńskiego AZS-u, a obecnie jest trenerem PGE Skry Bełchatów. Szczerze o kulisach rozstania ze stolicą Pomorza Zachodniego rozmawiał z Bartłomiejem Czetowiczem.
Możesz również posłuchać rozmowy w odtwarzaczu.

Ile wynoszą zobowiązania wobec pana, o jakich kwotach mówimy, jeżeli chodzi o pensję, której pan nie dostał?

MMG: Jeśli chodzi o nasze kontrakty to dostaliśmy tylko jedną pensję za sierpień, bo kontrakty zaczynały się od sierpnia, natomiast w kolejnych czterech miesiącach, które przepracowaliśmy - nie dostaliśmy żadnej wypłaty. Nasze kontrakty też były konstruowane w taki sposób, że dostawaliśmy jakby taką bazową część kwoty a resztę kontraktu mieliśmy dostać na koniec sezonu. Niekoniecznie w formie premii, ale raczej w formie właśnie takiego uzupełnienia i w zależności od tego, które zajmiemy miejsce. W moim przypadku to kwota rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych...i nie dostaliśmy tych pieniędzy, więc na pewno czekamy teraz na dalszy rozwój wydarzeń.

Prezes Markiewicz kontaktuje się z Panem? Informuje o rozwoju sytuacji?

- O tym, co dzieje się na rozprawach dowiadujemy się z mediów. Właśnie między innymi z Radia Szczecin, które szczególnie interesuje się naszą sprawą. Mogę mówić oczywiście sam za siebie, ale ostatni raz z przedstawicielami klubu rozmawiałem dwa lata temu, w grudniu 2018 roku. [przyp. red. - wtedy drużyna wycofała się z Plus Ligi] Nikt się ze mną nie kontaktował. W większości przepływ informacji odbywa się poprzez media. Tylko na tej podstawie wiem, że były jakiekolwiek sprawy w sądach.

Fot. Robert Stachnik [Radio Szczecin]
Fot. Robert Stachnik [Radio Szczecin]

Jest Pan w kontakcie z częścią byłego zespołu. Jak potoczyły się losy tych ludzi? Wszyscy zostali przy siatkówce, czy musieli zmienić swoje plany zawodowe? Pewnie nie było łatwo.

- To był bardzo trudny moment. Mentalnie bardzo ciężki - dla zawodników, dla sztabu szkoleniowego. Każdy gdzieś tam jakoś się odnalazł w tej nowej rzeczywistości. Pierwsze miesiące były jednak bardzo trudne. Raczej większość graczy znalazła kluby, jednak dla kilku z nich były to ostatnie profesjonalne występy i nie mieli już później szczęścia. Cały czas w głowie siedziała nam ta sytuacja z upadkiem klubu. Po dwóch latach, praktycznie każdy pracuje jednak na wysokim poziomie. Głównie w drużynach Plus Ligi i żeńskiej ekstraklasy. Każdy z chłopaków musiał szybko podejmować decyzje. W zasadzie to wyglądało tak, że dostawali od menadżerów informacje: "jutro musisz dać odpowiedź, czy interesuje cię ta opcja transferu". To w momencie, w którym czuli, że projekt zbliża się do końca. Było to ważne również dlatego, że kończyła się pierwsza runda a wraz z nią okienko transferowe.

Jeżeli Sąd Apelacyjny przyjmie argumenty prawników, to również Pan dostanie wezwanie do sądu. To, co mają do powiedzenia siatkarze oraz trenerzy może rzucić nowe światło na tę sprawę?

- Myślę, że dużo zależy od interpretacji sądu i czy będzie on chciał wziąć pod uwagę jakiekolwiek nasze zdanie. Myślę, że ani ja, ani żaden z członków sztabu szkoleniowego czy zawodników, nie ma nic do ukrycia. My zwyczajnie chcemy opowiedzieć naszą historię, jak wyglądała sytuacja z naszej perspektywy. Czy były to obietnice, które miały jakieś poparcie czy nie - tego pewnie się nigdy nie dowiemy. Jest być może kilka takich wątków, które mogą być interesujące. Pytanie, czy sąd będzie w stanie użyć naszych wypowiedzi w toku rozprawy.

Nie widzieliście, że coś jest nie tak? Nie było czegoś takiego, co wywołało was szczególny niepokój? Jeszcze przed publikacjami Radia Szczecin na ten temat.

- Powiem tak...w Espadonie Szczecin [przyp.red. - przed zmianą nazwy na "Stocznia"] pracowało się bardzo dobrze. Powiedziałbym, że to był taki kameralny klub. Nie miał bardzo rozbudowanych struktur organizacyjnych. Dzięki temu łatwo było się w nim komunikować. Pewne kwestie, pewne problemy załatwialiśmy bardzo szybko i szliśmy do przodu. Nie zajmowaliśmy sobie głowy nadmierną biurokracją. Budżet może nie był jakiś bardzo powalający, jednak pozwalał na konstruowanie ciekawej drużyny. Potrafiliśmy wówczas nawiązać walkę z najlepszymi w lidze i sprawić kilka niespodzianek, wygrywając z ekipami z czterokrotnie większym budżetem.

Fot. Robert Stachnik [Radio Szczecin]
Fot. Robert Stachnik [Radio Szczecin]

- W czasach Espadonu pamiętam, że były jakieś tam drobne poślizgi finansowe, ale zawsze pieniądze w końcu były. Zawsze wychodziliśmy na prostą i klub wywiązywał się ze swoich należności. Ostatecznie wszyscy byliśmy "na czysto". Kiedy w kwietniu 2018 roku przyszliśmy na konferencję prasową razem z Dawidem Murkiem to byliśmy mocno zszokowani. Przede wszystkim tym, co usłyszeliśmy. Tak jak mówiłem, pracowaliśmy w mocno kameralnym klubie i z każdym rokiem chcieliśmy się stopniowo rozwijać. Tamte wizje z tej konferencji w sprawie zmiany nazwy na "Stocznia" były bardzo mocarstwowe. To było bardzo duże pójście na skróty. Powiem szczerze: nie jednego a czterech kroków do przodu. Padały bardzo mocne nazwiska, które później znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Kiedy zespół został zreorganizowany, pojawiło się w nim bardzo dużo nowych ludzi. Każdy chciał wszystko robić bardzo szybko - nie bacząc na środki. Kręciło się wówczas wokół drużyny bardzo dużo osób.

Pan w to uwierzył, kiedy usłyszał o zakusach, żeby w zespole pojawili się Kurek, Żygadło czy Stojczew?

- Nie, skądże. Natomiast mam akurat taki przywilej, że byłem na zgrupowaniu reprezentacji z Bartkiem Kurkiem i Bartek tam do mnie podszedł i powiedział, że jest to realna opcja. Podobnie było z Łukaszem Żygadło. Znamy się wiele lat, jeszcze z czasów reprezentacji trenera Anastasiego. Po jakimś czasie też się skontaktowaliśmy i on to potwierdził. To już nie była kwestia wiary a kwestia tego, jak i kiedy to się wydarzy.

Jako osoba ze Szczecina, były zawodnik Morza Szczecin oraz Maratonu Świnoujście, podchodzi Pan do tej sprawy bardziej emocjonalnie. Symbolem upadku Stoczni Szczecin stał się ostatni mecz i Pana pełne emocji wypowiedzi po ostatnim gwizdku. Jest taka osoba, do której ma Pan szczególny żal o to, że ten projekt nie przetrwał?

- Ciężko powiedzieć. Mogę podkreślić, że niczego nie żałuję. Wcześniej podjąłem decyzję o odejściu z Asseco Resovii. Pracowałem tam pięć lat. Zarówno mi, jak i mojej rodzinie żyło się tam dobrze, jednak bardzo zależało mi, żeby wrócić do Szczecina i pracować w swoim mieście. To był trudny ruch. Cały czas uważam jednak, że dobry. Końcówka była bardzo emocjonalna. Nie tylko dla mnie - mogę przywołać taką legendę jak Jurek Mostowski. Razem siedzieliśmy po tym meczu załamani. Było nam bardzo przykro, że musimy to razem przeżyć na własnej skórze i zobaczyć na własne oczy. To dla nas na długo będzie bolesna lekcja. Były różne koncepcje na ten mecz. W tym jedna, żeby go w ogóle nie zagrać. Niektórzy zawodnicy nie chcieli grać. Poinformowali mnie o tym dopiero rano w dniu spotkania, że rozwiązują kontrakty. Ja nie mam do nich pretensji i zdaje sobie z tego sprawę, że bali się ryzyka kontuzji.

Szczególnie, że był to już mecz "o pietruszkę".

- Dokładnie. Wiedzieli, że już za chwilę zmienią kluby. Już nie pamiętam, ilu miałem wówczas do dyspozycji, jednak bardzo mało. Powiedzieliśmy sobie jednak z tą grupą, która została, że musimy zagrać ten mecz - dla kibiców. To było powtarzane spotkanie, ponieważ w pierwszej kolejce doszło do awarii oświetlenia. Wiedzieliśmy, że będzie nam ciężko rywalizować i wygrać, jednak byliśmy to winni szczecińskiej publiczności. Mieliśmy bardzo ciężkie głowy.

Po przygodzie w Olsztynie trafił Pan do Skry Bełchatów. Można powiedzieć, chociaż to przykre stwierdzenie, że pomimo wszystko ta sytuacja skończyła się dla Pana bardzo dobrze?

- Miałem bardzo dużo szczęścia. Nie miałem na to wpływu, jednak dostałem szansę i staram się korzystać z niej każdego dnia i odpłacić się za zaufanie, które mi dano. Ja taką szansę dostałem i staram się z całych sił, żeby mój zespół [przyp.red. - PGE Skra Bełchatów] grał jak najlepiej.

Kilka tygodni po upadku Stoczni Szczecin dostałem telefon z redakcji włoskiej La Gazetta dello Sport. Wówczas pojawiły się plotki o odejściu Vitala Heynena z funkcji selekcjonera reprezentacji. Dostałem pytanie, czy Michał Gogol może zostać selekcjonerem kadry? Wówczas się nie udało. To jest jakieś marzenie dla Pana?

- To marzenie każdego trenera. Ogromne wyzwanie oraz ogromny zaszczyt ale...dużo się ostatnio mówi o tym, że Polak powinien zostać trenerem reprezentacji. Ja uważam, że powinien nim zostać możliwie najlepszy trener. Ja jestem młody, zbieram doświadczenie i to jeszcze za wcześnie dla mnie. Muszę walczyć o budowanie swojej wartości. Obecnie moje myśli krążą wyłącznie wokół tego, co dzieje się w klubie, bo życie bywa przewrotne. Wiem jedno - chcę wrócić do Szczecina. Mam wiele pomysłów do zrealizowania w swoim rodzinnym mieście. Być może w ciągu następnych kilku lat pojawi się w stolicy Pomorza Zachodniego "ekstraklasowy" zespół. Na pewno będziemy mieli więcej okazji do rozmów - "na żywo".
Posłuchaj wywiadu z Michałem Gogolem część 1
Posłuchaj wywiadu z Michałem Gogolem część 2
Posłuchaj wywiadu z Michałem Gogolem część 3
Posłuchaj wywiadu z Michałem Gogolem część 4

Najnowsze Szczecin Region Polska i świat Sport Kultura Biznes

radioszczecin.tv

Najnowsze podcasty