To króciutka produkcja (całość zajmie wam mniej niż godzinkę), w praktyce symulator chodzenia, w którym kierujemy losami niedawno upieczonego ojca w… jakiejś krainie, gdzieś, chyba stylizowanej na średniowiecze? Moja niepewność wynika z tego, że, niestety, gra jest estetycznie bardzo niespójna. Nasz rodzinny dom to trochę chata pioniera z dzikiego zachodu, trochę średniowiecze, zbudowane na planie domku jednorodzinnego z obowiązkowym zdjęciem nad kominkiem (obrazem?). Takie rozczłonkowanie świata przedstawionego dużo mniej przeszkadza mi w grach, w których najważniejsza jest mechanika, a dużo bardziej w takich, w których skupić mamy się na fabule. Szczególnie jeśli fabuła to właściwie wszystko co mamy. Do niej zaraz wrócimy.
Poza tym wizualnie jest w porządku, letnie drzewa i trawy są zdecydowanie zbyt zielone i kapuściane, ale zimowe krajobrazy potrafią być przyjemne, a oblane odpowiednim światłem stają się nawet ładne. Muzyka towarzysząca nam przy spacerach w śniegu wpadała w ucho, ale cała reszta wydawała mi się nieco ckliwa. Sterowanie bardzo zawodziło mnie w sekwencji leciuteńko platformowej, ale poza tym wszystko na miejscu.
Tylko, niestety, z ciężkim sercem i wzdechem muszę powiedzieć, że fabuła bardzo mnie zawiodła. Przewracałam oczami już na samym początku, gdy nasz główny bohater z dzieckiem na ręku stał nad grobem żony. To taki syndrom kobiety w lodówce. Pakuje się ją do lodówki, żeby nasz bohater mógł się z niej fabularnie pożywić. To jej jedyna rola. Trochę miałam nadzieję, że gdzieś we wspomnieniach chociaż pojawi się jakiś nieoczekiwany motyw - być może kłótnia? A może rozstali się jeszcze przed jej śmiercią? Nie liczcie na to, życie przed katastrofą jest zawsze nieskończoną idyllą. Potem liczyłam na jakąś głębie w relacji z ojcem bohatera, ale ta zarysowana była zupełnie niezrozumiale, a sama historia zaprzeczała sobie samej co najmniej kilka razy.
Znalazłam w Kinsfolk ze dwa momenty, które wydały mi się spójne i mogłyby świetnie zadziałać w bardziej doszlifowanej produkcji. Przede wszystkim w takiej, która wierzy w dociekliwość i mądrość graczy. Bo Kinsfolk przy każdej okazji zarzuca nas tłumaczącą wszystko narracją głównego bohatera, który absolutnie musi wyjaśnić nam o co mu chodzi. Do tego wyjaśnia rzeczy, które warto zostawić do przemyślenia, a nie wyjaśnia kluczowych elementów fabuły i relacji rodzinnych.
Doceniam mówiony monolog, ale niestety wszystkie kwestie naszej postaci utrzymane są w konwencji „przyjmuję świat ze stoickim spokojem, wszystkie wydarzenia to lekcja”. To już jest mdłe, a do tego podawane w sposób, który przypomina mi każdego typowego bohatera survival horroru, który mówi do siebie po utracie ukochanej żony. Okazuje się, że takie zamglone sztywniactwo można wytrzymać tylko w towarzystwie paskudnych stworów, bo bez tego staje się po prostu nudne.
No i tak. Szkoda. Lubię chodzenie, piękne widoki, krótkie gry z ciekawą perspektywą. Tutaj jednak za dużo zabrakło. Czekam na kolejne opowieści o ojcach, o matkach, o synach i córkach, o braciach i siostrach i nawet o świekrach. Kinsfolk niestety dostaje 3/10. Głównie za fabularną sztampę oraz za kompletny brak wiary w intelektualne możliwości swoich odbiorców.