W skrócie: jest to strategia w realiach średniowiecznej Anglii z 1149 roku, środek konfliktu saksońsko-normańskiego, gdzie rozgrywka podzielona jest na tury, a uzupełniają ją elementy zręcznościowe. No i w mojej pamięci była to świetna, ale też męcząca rozgrywka. Było w niej za dużo losowości i niewiadomych, więc wielokrotnie trzeba było rozpoczynać od nowa, a i tak nie wszystko zależało od gracza. Niestety w remake'u jest podobnie, co może być barierą nie do przejścia dla części z nas.
Defender of the Crown: The Legend Returns zawiera trzy tryby gry: retro, klasyczny i ulepszony i karciankę. Podstawowy to oczywiście oprawa graficzna sprzed lat, której na szczęście bliżej Amigowej jakości niż Commodore 64. Wybieramy rycerza, lądujemy na mapie i staramy się przejąć jak największą ilość terenu. Na starcie pokojowo, potem trzeba o nią walczyć. Armie są skromne, składające się z żołnierzy, rycerzy i katapult. Problem w tym, że na mapie nie widać, czy na danym terytorium znajduje się przeciwnik. Wielokrotnie bywało tak, że znajdowała się tam armia innego rycerza, która w moment zmiotła mnie z planszy. Nie dość, że nie miałem terytorium, a więc wpływów do budżetu, to byłem zdziesiątkowany. Tym samym na starcie byłem na przegranej pozycji. Można też zorganizować turniej rycerski, gdzie walcząc na kopie można zdobyć kawałek ziemi. Ale walka - tak jak w oryginale - jest ciężka i nieprecyzyjna. Identyczne jest z oblężeniem zamku. Katapultą trzeba trafić w uszkodzony kawałek muru, mając ograniczoną liczbę pocisków. Nie jest to łatwe. No chyba, że to komputer atakuje twój zamek, wtedy trafia perfekcyjnie, za pierwszym razem. W teorii najłatwiejsze jest okradanie zamków, gdzie walcząc na szable gracz musi pokonać kilku przeciwników. Dwa ataki na krzyż, blok, parkowanie. Szału nie ma, ale jeśli wybrało się rycerza z wysoką statystyką machania kawałkiem metalu, jest dużo prościej.
Niestety tak jak wspomniałem, za dużo tu losowości, przez co szybko można ponieść porażkę. Albo dwie, albo osiem. Jak wspomniałem, Defender of the Crown: The Legend Returns na też tryb ulepszony. Wygląda znacznie lepiej, rozbudowany jest element walki o ziemie - z taktykami, które nie wiem czy mają jakikolwiek wpływ na wynik potyczki. Można klasycznie uratować uwięzione księżniczki, zyskując kruchą przychylność innych władców, można w walce poprosić o pomoc Robina z Sherwood - wszystko jak w oryginale sprzed 40 lat.
Za to karcianka, to zupełne nieporozumienie. Twórcy rzucają gracza na głęboką wodę, zasypując wielką ilością zasad, w których człowiek po prostu się gubi. Kości, karty, masa zasad i po dłuższej chwili miałem dość. Brakowało mi klasycznych kilku partii próbnych, które krok po kroku wprowadzają gracza w mechaniki, powoli wprowadzając kolejne zasady. Tu od startu była głęboka woda, masa zależności, klas, kolorów kostek, duża ilość tekstu. Przyznaję wprost, poddałem się, bo zmuszanie się do grania nie leży w mojej naturze. Zapewne z nostalgicznego podejścia do oryginału jeszcze spróbuję, ale nie teraz.
Niestety zawiodłem się na Defender of the Crown: The Legend Returns. Jeśli chodzi o wykonanie szału nie ma, ale jest nieźle, podobnie z udźwiękowieniem. Ale ta losowość zabija chęć grania. Przykładowo atakujesz przeciwnika armią, 3-4 razy większą od jego i tracisz 50 procent swoich żołnierzy. No jak, ja się pytam. Podobnie z celnością katapult czy konną walką na kopie. Odechciewa się grać. A wystarczyło zrobić jakieś stopnie trudności, ułatwić rozgrywkę w kilku aspektach, popracować nad samouczkami i przede wszystkim mechanikami. A tak wyszła gra, do której przyciąga tylko nostalgia. Ocena: naciągane 6/10