Cała koncepcja, jak to w cozy game, jest prosta - mamy pewną historię i budujemy sobie dioramy. Ale - na wszystkich bogów kwaśnych jabłek - jakie to są dioramy! Po kolei jednak.
To jest opowieść o dziewczynce imieniem Foxy - która jest małym liskiem. Żyje w mieście, ma miejskie rozrywki, a właściwie cały swój czas spędza w sieci, odgrodzona od otoczenia słuchawkami. Millenialsi się tu nie utożsamią, ale współczesny wątek dzieciństwa spędzonego w sieci jesteśmy w stanie przełknąć, bo nie zajmuje aż tak dużo miejsca w narracji. Wracając do Foxy - nagle, ni stąd ni zowąd jej bardzo zajęci rodzice wysyłają ją na wieś, do kuzyna Bena. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, mały mieszczuch jest więcej niż niezadowolony. Foxy jest wyrwana ze swojego bezpiecznego świata, a po drodze do kuzyna spotyka jeszcze bardzo złośliwe gęsi. A później dociera do domu Bena. Który jest… żabą. No bo który lis nie ma za kuzyna żaby? Ben też nie spełnia oczekiwań Foxy, jest małomówny, ciągle tylko kręci się koło tego swojego gospodarstwa, coś naprawia i w dodatku jest mu z tym dobrze. Można się domyślić, co będzie dalej, bo fabuła nie jest skomplikowana, ale nie będę rzucać spoilerami.
Teraz czas na najważniejsze, czyli na nasze zadanie. Podążając za Foxy i jej kolejnymi etapami życia na wsi budujemy dioramy, wybierając elementy najpierw z bocznego panelu, później - w miarę postępu w grze, musimy je odnaleźć gdzieś w pobliżu. Same układanki są przeurocze, robią się też z czasem coraz bardziej szczegółowe i odrobinę trudniejsze - ale nie frustrująco, a wręcz przeciwnie. Jak każda układanka - po prostu wciąga i kiedy znajdujesz ostatni element, schowany w jakiejś szufladzie, to z jednej strony jest satysfakcja, a z drugiej - ooo, szkoda, że się skończyło. Na szczęście można sobie te dioramy dokładnie pooglądać. Przybliżając, oddalając, poruszając kolejne elementy. A w przybliżeniu jest coś wręcz - nie bójmy się tego słowa - magicznego.
Szczegółowość, z jaką została zrobiona ta gra, to jest jakiś zupełnie inny poziom. Przyglądanie się detalom, kolorom i fakturze jest osobną rozrywką w grze - i to nawet gdy wszystkie elementy są tylko białym płótnem, które trzeba uzupełnić, żeby nabrały życia. Odniosłam wrażenie, że wszystko zostało skrupulatnie zaplanowane, a twórcom sprawiało to ogromną radość. Wizualnie - majstersztyk. Poza skrupulatnie odwzorowaną teksturą drewna mamy jeszcze wspaniałą grę światłem, która sprawia, że coś, co wydawałoby się przytulne, jest takie po tysiąckroć, ale nie przekracza granicy i nie jest przesłodzone.
Czy jest coś, na co można ponarzekać? Przecież zawsze jest. Poszczególne historie są przeplatane narracją Foxy, która z czasem zaczyna opowiadać coraz dłużej - przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie - i coraz bardziej łzawo. A tutaj naprawdę nie trzeba było podkręcać sentymentalizmów. Ale nawet gdyby te opowieści były jeszcze bardziej rozwlekłe, nie zmieniłoby to mojej oceny Woodo. Zagości w topce moich cozy games, nie tylko na jesień. A ocena - pełna dyszka (10/10).