Choć seria ma już ponad 30 lat, to nie cieszy się w naszym kręgu kulturowym jakąś szaloną popularnością, także w dwóch słowach powiem o co tu lata. Latają samoloty wojskowe, odrzutowce, a my latamy za ich sterami. My i reszta naszej drużyny. Ace Combat 8 to zręcznościówka niekiedy udająca symulator samolotu odrzutowego. Bojowego oczywiście. Nie musimy tu jednak czytać całego podręcznika i zdawać egzaminu z fizyki, żeby zasiąść za sterami, choć przydaje się refleks i ogarnięcie kilku tematów jednocześnie, bo to wymagająca zręcznościówka, do tego dość szybko rzucająca nas w wir wydarzeń, czyli po prostu w bitwę powietrzną.
Zarysuję Wam trochę fabułę, choć przyznam, że niekoniecznie wszystko ogarnąłem, bo jest związana z poprzednimi odsłonami, a zwrotów akcji, zawirowań i monumentalnych chwil jest tu tyle, że trzeba chyba prowadzić notatnik, żeby je spamiętać i uszeregować. Najważniejsze fakty są takie, że walczymy z wrogim, wojowniczym państwem, my reprezentujemy oczywiście nację pełną pokoju, która walczy o zachowanie tożsamości. No i nasze losy rozgrywają się w powietrzu. Ciekawym zabiegiem jest to, że historia zaczyna się od śmierci. W bitwie ginie legendarny pilot, nadzieja dla całego narodu. Zbiegiem okoliczności - nasz bohater zajmuje jego miejsce i udaje, że jest nim - wszystko dla zachowania wysokiego morale. Przy czym okazuje się, że jego legenda była nieco na wyrost - prawdziwe dokonania i rozgromienie wroga to tak naprawdę nasze zadanie, a pozostała część zespołu, której wcześniej przewodził nasz nieco przereklamowany poprzednik, po krótkim czasie nieufności zaczyna podziwiać nasze umiejętności, ale też to, że działania bojowe przestają się sprowadzać do taktycznych odwrotów. Do tego - głos zmarłego cały czas słyszymy w naszej głowie, jest jakby narratorem i komentatorem opowieści. Niezłe zagranie, natomiast ten głos cały czas jest taki melancholijny. No dobrze, może jako zmarły nie ma za wiele powodów do radości, ale chwilami bywał już irytujący swoim smutnawym tonem.
Najważniejsze jednak oczywiście są same starcia, wodno-powietrzne i powietrzno-lądowe, bo nasze cele to nie tylko wrogie samoloty, ale też okręty, cele naziemne i pojazdy - również naziemne, jak jakieś statki - właśnie poruszające się po twardym gruncie. To jeden z tych absurdów, o których mówiłem. Ale przyjemnych. Tym bardziej, że z karabinów i rakiet do wszystkich rodzajów wrogów pruje się nadzwyczaj przyjemnie. Ace Combat 8 nie ma skomplikowanego sterowania, podstawy są do opanowania w kilkadziesiąt minut, natomiast już same loty bojowe to inna bajka. Nauczyć się teorii łatwo, zastosować - już trudniej, kiedy musimy komuś siąść na ogonie albo przycelować w bombowiec z większej odległości.
Początek zawsze będzie wyglądał jak kręcenie kół na wszelkie możliwe strony szukając przeciwników i próbując zgubić lecące w naszym kierunku pociski. Z każdą kolejną misją i doświadczeniem - będzie to wychodzić coraz zgrabniej i przynosić coraz więcej satysfakcji, kiedy na przykład namierzymy wrogi konwój i uda się przeprowadzić atak na niego zza pobliskiego pasma gór. To naprawdę dobre uczucie. Tak jak udany atak działkiem, bo to - przynajmniej na początku - duża sztuka. Ale po tym, jak się trafi i wroga maszyna zaczyna dymić - można naprawdę poczuć przyjemny dreszcz. A przy tym sterowanie jest tak intuicyjne, a immersja głęboka, że w pewnym momencie dla przyjemności chce się kręcić beczki i inne pętle - a kiedy pomogą ominąć w ten sposób atak - no to już człowiek wypina właściwie pierś do orderu i szuka w internecie okularów słonecznych Toma Cruise'a. Cały czas towarzyszy nam radiowa wymiana zdań naszej załogi, która - jak wspominałem na początku - potrafi być mocno kanciasta, ale na przykład, wiem, to naiwne, kiedy nas chwalą, człowiekowi trudno opanować mały uśmiech samozadowolenia. Nic dodać, nic ująć - jak już nabierzecie pierwszych szlifów - walka w Ace Combat 8 to naprawdę doszlifowany element.
Reszta to właściwie didaskalia, ale gra ma naprawdę rozbudowaną fabułę, której nieodłącznym elementem są relacje pomiędzy poszczególnymi członkami załogi. To pomaga wniknąć nieco głębiej w ten świat i buduje ładną motywację do kolejnych starć, szczególnie, jak widzimy taki taktyczny plan podczas briefingu i ścierające się na nim siły nasze i wrogie. Wiecie - klimat - znów jak w filmie wojennym. Przy odpowiednim śledzeniu i poświęceniu nieco czasu - opowieść sprawia, że bitwy dają jeszcze dodatkową radochę. A immersję wspiera też wybór maszyny przed startem i wybór odpowiedniego uzbrojenia - warto o tym pamiętać, bo pomyłka przy nim może mieć fatalne skutki. Część misji - jak już wspominałem - to na przykład ataki celów naziemnych - bomby są tu podstawą - bez ich załadowania, zadanie skazane jest właściwie na porażkę, choć seria z karabinu wywalona we wrogów poniżej też ma swój urok. I to duży.
Graficznie trudno się tu przyczepić, przede wszystkim krajobrazy i niebo są wykonane bardzo dobrze, modele samolotów też, nieco gorzej sprawa wygląda z budynkami czy innymi obiektami na lądzie, ale w sumie je i tak często się niszczy. Warstwa audio natomiast to jest topka. Muzyka, głosy, wybuchy - nie ma tu słabych stron. Szczególnie utwory. Miałem ochotę zgrać i puszczać w samochodzie, ale chyba miałbym też ochotę odpalić pociski ziemia - ziemia.
Ace Combat 8 to kawał solidnej, nieco pompatycznej - ale sympatycznie - rozrywki. Może irytować właśnie ten patos czy sztywne dialogi i chwilami wymuszony humor, ale można spokojnie na to przymknąć oko. Albo przyjąć konwencję - wtedy będziecie się bawić najlepiej. Tak na 8/10.