Giermasz
Radio SzczecinRadio Szczecin » Giermasz
GTA Vice City
GTA Vice City
Grand Theft Auto: Vice City (2002 r.)
Przez wielu uznawana jest za jedną z najlepszych części serii, pod czym podpisuję się obiema rękami. Grand Theft Auto: Vice City wyszło w 2002, rok po przełomowej trójce. Tym razem studio Rockstar North zaprosiło graczy do zupełnie nowego miasta Vice City, wzorowanym na Miami, a akcję umiejscowiono w słonecznych latach 80. XX wieku.

W GTA: Vice City wcielamy się oczywiście w postać, która z przestrzeganiem prawa ma niewiele wspólnego. Tom Vercetti zostaje wysłany przez Sonny’ego Forelli, aby zapanować nad miastem i zrobić porządek. Z gangami, skorumpowanymi glinami czy kubańskimi gangsterami. Codzienność w świecie GTA.

Konstrukcja gry to standard dla serii. Jest główna oś fabuły, z masą rewelacyjnych misji, a wszystko otoczone całą masą zadań pobocznych i aktywności. Jest tego tyle, że starcza na kilkadziesiąt godzin, jeśli ktoś chce skończyć grę na 100 procent. Mimo to wielu graczy po prostu bawi się w tym świecie, więc wyniki typu 50, 70 czy sto godzin nikogo nie dziwią.

Tom Vercetti kradnie samochody, strzela do wszystkiego i wszystkich, ucieka przed policją, bierze udział w pościgach, dokonuje rabunków, zamachów, dostarcza paczki, podkłada bomby. A wszystko w blasku gorącego słońca, na plażach, w slumsach czy w centum z drapaczami chmur. I oczywiście z odpowiednią, niezwykle klimatyczna muzyką w radiu, która jest wizytówką serii.

Standardowo dostępnych jest wiele pojazdów, za to w Vice City pojawiła się istotna nowość. Są to motocykle, łodzie motorowe czy helikopter. Czyli pojazdy, które teraz są standardem w serii. Tom Vercetti ma dostępny szeroki arsenał broni białej i palnej, którym krzywdzi masę - czasami niewinnych ludzi. Kolejna wizytówka Grand Theft Auto.

Jak na gangsterską opowieść przystało, GTA: Vice City czerpie garściami z klasyków gatunku. Z doskonałych filmów "Człowiek z blizną" i "Życie Carlita" czy serialu Miami Vice. Zwłaszcza serial miał duży wpływ na grę, bo miasto mocno nawiązuje wyglądem do tego miasta. Neony, jaskrawe kolory, letnie ubrania przechodniów z tamtego okresu.

Tytuł - jak wszystkie odsłony serii - wzbudza też kontrowersje. Przez wiele organizacji, grup i polityków gra została uznana za bardzo drastyczną i wulgarną. Mimo to Grand Theft Auto: Vice City sprzedało się doskonale, ale wynik ten został znacznie pobity przez kolejną odsłonę, kultowe Grand Theft Auto: San Andreas.


Gran Turismo 3: A-Spec
Gran Turismo 3: A-Spec
Stare ale jare - Gran Turismo 3: A-Spec (2001r.)
Od pierwszej edycji seria Gran Turismo stała się niekwestionowanym hitem wśród tytułów na PlayStation. Pierwszy tytuł sprzedał się w prawie 11 milionach kopii, drugi to ponad 9 milionów płyt kupionych przez graczy. Z takimi wynikami sprzedażowymi szły również duże oczekiwania przy przejściu na następną generację konsol. Patrząc z perspektywy czasu Gran Turismo 3 sprostało im całkowicie, stając się najlepiej sprzedającą się grą w całej serii.

Trzecia część serii sprzedała się w prawie 15 milionach egzemplarzy, co czyni Gran Turismo 3 drugą najlepiej sprzedającą się w historii grą na PlayStation 2, przegrywając wyłącznie z Grand Theft Auto: San Andreas. GT3 było udanym wprowadzeniem serii w szóstą generację konsol, co jednak wymagało kompromisów przy tworzeniu. Widać to, na przykład, w liczbie dostępnych samochodów do wyboru. Wszystko wyglądało na ówczesne standardy idealnie, lecz z 650 dostępnych w „dwójce” gracze dostali około 180 pojazdów, ucięta została również liczba torów – z 27 na 17.

Pomimo tej okrojonej, wydawałoby się, zawartości, zarówno ówcześni gracze, jak i recenzenci, byli zachwyceni grą. Model jazdy, poziom rozgrywki, grafika – wszystko zostało docenione w grze od Polyphony Digital. „Trójka” zacementowała serię na liście najważniejszych serii nie tylko na samym PlayStation, ale również w całym gatunku gier wyścigowych.

Trzy lata po wydaniu Gran Turismo 3 wyszła kolejna gra z serii, oznaczona cyfrą 4, która mocno czerpała z poprzedniczki, znacznie rozbudowując dostępną zawartość. Gra może nie sprzedała aż tak dobrze, jak „trójka”, ale prawie 12 milionów kopii to również świetny wynik. Cała era PlayStation 2 do tej pory przyniosła największy sukces dla Polyphony Digital, wliczając różne pomniejsze wersje koncepcyjne łącznie sprzedano niespełna 30 milionów kopii.


Freekstyle
Freekstyle
Stare ale jare - Freekstyle
Jak mówiłem ostatnio, lata 90. oraz początek następnego dziesięciolecia to był złoty okres dla gier o sportach ekstremalnych. Deskorolki, bmxy, rolki, rowery górskie, ale nazwijmy to bohaterem omawianej gry jest motocykl motocrossowy.

Freekstyle powstało w roku 2002 w ramach fantastycznego studia EA Sports BIG. Tak, to ten sam wydawca, który odpowiadał za rewelacyjne serie: koszykarskie NBA Street, snowboardową SSX czy piłkarską FIFĘ Street. W mojej ocenie najlepsze wewnętrzne studio Electronic Arts.

Wyścigi motocrossowe to nie tylko prędkość i dynamika, a w przypadku Freekstyle to przede wszystkim różnego rodzaju tricki. Wykonywane w powietrzu ewolucje nabijają pasek turbo, ale można też wykonywać super-trick, który gwarantuje najwyższą możliwą prędkość. Wygrywając zawody zdobywa się punkty, za które można ulepszyć motocykl. Odblokowuje się też kolejne maszyny i stroje.

Bardzo dużym atutem Freekstyle są trasy. Widać, że poświęcono na nie czas, bo są długie, dobrze zaprojektowane, pełne hopek do wykonywania karkołomnych tricków oraz mające rozjazdy, co fajnie wpływa na same ściganie się. Gra ma oczywiście kilku prawdziwych zawodników FMX, ale ich nazwiska raczej nic wam nie powiedzą.

Tytuł zebrał całkiem dobre oceny, trafił na PlayStation 2 oraz konsole Nintendo - GameCube i GBA. Niestety była to jedyna gra wydana pod tytułem Freekstyle i stawiająca na podniebne ewolucje. Fanom ścigania na dwóch kółkach zostały inne, jednak mniej widowiskowe serie.


Call of Duty: Modern Warfare 2 (2009 r.)
Call of Duty: Modern Warfare 2 (2009 r.)
Stare, ale Jare - Call of Duty: Modern Warfare 2 (2009 r.)
Ultranacjonaliści przejmują władzę w Rosji. Ich przywódca. Imran Zachajew zostaje zabity i staje się swoistym męczennikiem w walce po przewrocie i przejęciu władzy. Jego następcą staje się jego protegowany, Władimir Makarow, który bez pardonu atakuje państwa Zachodu. I to w misję zabicia tego drugiego wrzuca nas Call of Duty: Modern Warfare 2.

Jest to szósta gra z serii Call of Duty, z czego druga z podserii Modern Warfare. Tworzenie tytułu rozpoczęło się w 2008 roku. Modern Warfare 2 zrobiony jest na ulepszonym względem poprzedniczek silniku. Premiera miała miejsce w listopadzie 2009 roku na PC, Xboxa 360 i PlayStation 3, z miejsca MW2 stało się hitem. Maksymalne oceny recenzentów, prawie 5 milionów sprzedanych kopii tylko w pierwszą dobę tylko w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii – to wartości, które robią wrażenie.

Nie obyło się jednak bez kontrowersji, z których najsłynniejsza dotyczyła misji o nazwie „No Russian”, czyli „Bez Rosyjskiego”. Jej fabuła stawia nas w roli tajnego agenta CIA na fikcyjnym moskiewskim lotnisku. Po tym, jak Makarow tytułową frazą przypomina nam, że używamy tylko angielskiego, aby wyglądało na to, że to amerykanie są odpowiedzialni za to, co zaraz się wydarzy, otwierają się drzwi do windy, po czym ołów zaczyna lecieć w stronę cywilów. Fakt, poziom można było ukończyć bez oddawania przez nas ani jednego wystrzału w stronę osób postronnych z naszej strony, jednak „No Russian” zacementowało swoje, słuszne czy niesłuszne, miejsce na liście najsłynniejszych kontrowersji związanych z grami wideo.

Po sukcesie Modern Warfare 2 dwa lata później przyszła odsłona oznaczona numerem trzy, która również podbiła serca graczy, chociaż oceny recenzentów nie były tak wysokie, jak przy MW2. „Trójka” kończy fabularnie tą sagę, przynajmniej do 2019 roku. Wtedy to trylogia Modern Warfare doczekała się rebootu, kiedy powrócono do uniwersum. Drugie podejście do tej podserii nie było jednak tak udane, jak pierwsze, a oceny spadły z „dziewiątek” w okolice „siódemek”, albo i gorzej.


Croc Legend of the Gobbos
Croc Legend of the Gobbos
Stare ale jare - Croc: Legend of the Gobbos
Zanim trójwymiar stał się standardem, zanim kamera w grach naprawdę wiedziała, gdzie patrzeć, był rok 1997 i na ekranach pojawił się Croc: Legend of the Gobbos. Za powstanie gry odpowiadało studio Argonaut Software, zespół, który w drugiej połowie lat 90. intensywnie eksperymentował z trójwymiarem i nowymi możliwościami sprzętu. Końcówka tamtej dekady była czasem prób i błędów. Projektanci uczyli się budować przestrzeń, a gracze razem z nimi odkrywali, jak poruszać się w świecie, który przestawał być płaski.

Historia pozostaje prosta i symboliczna. Krokodylek wychowany wśród Gobbosów wyrusza w drogę, by odzyskać świat, który ktoś próbuje mu odebrać. Bez rozbudowanych dialogów i bez fabularnych fajerwerków, opowieść schodzi tu na dalszy plan, zostawiając miejsce samej podróży. Podróż prowadzi przez kolorowe poziomy, skoki nad przepaściami i pierwsze, jeszcze niepewne starcia w trójwymiarze. Rozgrywka opiera się na prostych zasadach: skakaniu, walce ogonem, zbieraniu przedmiotów oraz odkrywaniu ukrytych przejść. Z dzisiejszej perspektywy widać problemy z kamerą czy momentami sztywne sterowanie, ale w 1997 roku były to naturalne etapy oswajania trójwymiaru.

Najważniejsze pozostawało poczucie przestrzeni, możliwość zajrzenia za róg, spojrzenia w dół, wspięcia się wyżej. Kolorowa oprawa i lekka muzyka budowały klimat przygody, a nie zagrożenia.

Dlatego Croc zapisał się w pamięci nie jako perfekcyjny klasyk, lecz jako świadek przełomu, pokazujący, jak wyglądały pierwsze kroki platformówek w trzech wymiarach. Po latach ten fragment historii doczekał się powrotu. W 2025 roku wydany został remaster, który przenosi grę na współczesne platformy, zachowując jej oryginalny charakter, a jednocześnie dostosowując ją technicznie do dzisiejszego sprzętu.

To propozycja przede wszystkim dla tych, którzy pamiętają Croca z końcówki lat 90. i chcą sprawdzić, jak ten świat prezentuje się dziś.z trójwymiarem i nowymi możliwościami sprzętu. Końcówka tamtej dekady była czasem prób i błędów. Projektanci uczyli się budować przestrzeń, a gracze razem z nimi odkrywali, jak poruszać się w świecie, który przestawał być płaski.

Historia pozostaje prosta i symboliczna. Krokodylek wychowany wśród Gobbosów wyrusza w drogę, by odzyskać świat, który ktoś próbuje mu odebrać. Bez rozbudowanych dialogów i bez fabularnych fajerwerków, opowieść schodzi tu na dalszy plan, zostawiając miejsce samej podróży.

Podróż prowadzi przez kolorowe poziomy, skoki nad przepaściami i pierwsze, jeszcze niepewne starcia w trójwymiarze. Rozgrywka opiera się na prostych zasadach: skakaniu, walce ogonem, zbieraniu przedmiotów oraz odkrywaniu ukrytych przejść. Z dzisiejszej perspektywy widać problemy z kamerą czy momentami sztywne sterowanie, ale w 1997 roku były to naturalne etapy oswajania trójwymiaru.

Najważniejsze pozostawało poczucie przestrzeni, możliwość zajrzenia za róg, spojrzenia w dół, wspięcia się wyżej. Kolorowa oprawa i lekka muzyka budowały klimat przygody, a nie zagrożenia.

Dlatego Croc zapisał się w pamięci nie jako perfekcyjny klasyk, lecz jako świadek przełomu, pokazujący, jak wyglądały pierwsze kroki platformówek w trzech wymiarach. Po latach ten fragment historii doczekał się powrotu. W 2025 roku wydany został remaster, który przenosi grę na współczesne platformy, zachowując jej oryginalny charakter, a jednocześnie dostosowując ją technicznie do dzisiejszego sprzętu.

To propozycja przede wszystkim dla tych, którzy pamiętają Croca z końcówki lat 90. i chcą sprawdzić, jak ten świat prezentuje się dziś.


Dave Mirra Freestyle BMX
Dave Mirra Freestyle BMX
Stare ale jare - Dave Mirra Freestyle BMX (2000 r.)
Dla popularyzacji jazdy na rowerach BMX Dave Mirra był tym, kim dla deskorolki jest Tony Hawk. Wiele medali w zawodach X Games - w tym większość złotych, przełożyło się na powstanie gry Dave Mirra Freestyle BMX, którą w roku dwutysięcznym zrobiło studio Z-Axis.

Legenda bmx-a jeździła zarówno na rampach jak i na streetcie i właśnie tego ostatniego aspektu dotyczyła seria gier z jego nazwiskiem w tytule, choć nie brakowało w niej ramp. Kilku zawodników do wyboru, 12 poziomów, kilka trybów gry i cała masa kosmicznych tricków. W końcu to gra o sportach ekstremalnych.

Wymagający tryb kariery nie wybaczał pomyłek, zawierał wiele wymagających zadań czy gapów do zrobienia, ale wysiłek był wart nagrody. Nowe rowery o lepszych parametrach pozwalały robić rzeczy nie z tej Ziemi. Na pierwszych poziomach wystarczyło zrobić wszystkie wyzwania, ale potem nie było zmiłuj - trzeba było wygrać zawody.

W niektórych kręgach gra Dave Mirra Freestyle BMX urosła do miana kultowej - tak było u mnie i moich przyjaciół. Co prawda była konkurencja, jak całkiem niezłe Mat Hoffman's Pro BMX lub beznadziejne MTV Sports: T.J. Lavin's Ultimate BMX, jednak to Dave wyznaczał standardy. Seria doczekała się kilku odsłon, niestety nie zawsze udanych, dlatego to pierwowzór najbardziej zapadł mi w pamięć.

Dave Mirra Freestyle BMX trafił na konsole PlayStation, Dreamcasta, Game Boy Color i PC. Fani czekali na zremasterowane wersje swojej ulubionej serii, jednak śmierć w 2016 roku tytułowego bohatera zakończyła ich oczekiwania. Mimo to Miracle Boy na zawsze pozostanie w pamięci wielu graczy.


Winter Olympics
Winter Olympics
Stare ale jare - Winter Olympics (1993 r.)
W tym roku odbędą się Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina 2026, więc z tej okazji w kąciku "Stare ale jare" postanowiłem przypomnieć jedną z pierwszych zimowych gier sportowych.

Winter Olympics z roku 1993 jest oficjalną produkcją związaną z Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi, które odbyły się w norweskim Lillehammer rok później. Znany wydawca U.S. Gold reklamował ją jako tytuł, w którym gracze mogą reprezentować państwa z całego świata.

Prawda jest taka, że dostępnych jest 16 krajów z pięciu kontynentów, niestety nie ma wśród nich Polski. Jest to związane z prostym faktem, że twórcy wybrali kraje, gdzie zimowe sporty są najpopularniejsze plus największe z danych rejonów świata. Od Norwegii, przez Australię, Japonię czy Brazylię na oczywiście Stanach Zjednoczonych kończąc.

Winter Olympics oferuje 10 dyscyplin, z czego jazda po muldach jest dostępna tylko na konsolach. Dlaczego? Nie wiadomo, ale stawiałbym śnieżki przeciw orzechom, że chodzi o fakt, że za wersje komputerowe odpowiadało inne studio. Wracając do przygotowanych w grze dyscyplin, są cztery narciarskie konkurencje zjazdowe, bobsleje, saneczkarstwo, skoki narciarskie, biathlon oraz łyżwiarski short track. Co ciekawe, w zależności od sprzętu na którym uruchomiona była gra, lekko różniło się sterowanie czy poziom trudności, ale dotyczyło to tylko kilku dyscyplin.

Sportowe Winter Olympics wyszło na pecety, Amigę, konsole Sega Mega Drive i Master System, SNES-a czy przenośne Game Boy i Game Gear. Jak zapewne pamiętają gracze, praktycznie każde Zimowe Igrzyska Olimpijskie miały swoją dedykowaną grę i ta jest uważana za jedną z fajniejszych.


Super Smash Bros.
Super Smash Bros.
Stare, ale jare - Super Smash Bros.
Chciałbym być w biurze Nintendo, kiedy ktoś wpadł na ten pomysł. Ja to sobie wyobrażam w następujący sposób: „Ej, słuchajcie, mamy ten prototyp bijatyki, a co jeśli wepchniemy tam postacie z naszych gier?” Cóż, pewnie tak nie było, ale tak odjechany pomysł jak wsadzenie Mario, Pikachu, Kirby’ego czy Linka do jednej bijatyki mógł pójść tylko w dwie strony. I na całe szczęście dla Nintendo – Super Smash Bros. z 1999 roku zażarło jak wściekłe.

W pierwszej odsłonie mieliśmy do wyboru 12 postaci z różnych uniwersów, nie tylko tych sztandarowych, ale pojawił się także, na przykład, Captain Falcon z serii F-Zero czy Fox ze Star Foxa. Koncepcja uczynienia gry crossoverem między uniwersami Nintendo miała na celu wyróżnienie tego tytułu na tle innych bijatyk, co miało zwiększyć sprzedaż. Super Smash Bros. wyszło w listopadzie 1999 roku na Nintendo 64, łącznie sprzedając się w ponad 5 i pół miliona egzemplarzy, co plasuje ją w top 5 sprzedanych gier w historii na Nintendo 64.

Po sukcesie pierwszej gry powstała cała seria. Kolejna odsłona pojawiła się już dwa lata później na GameCube’a, po czym swoją edycję Smash Bros. dostały Wii, 3DS, Wii U i pierwszy Switch. Patrząc tylko na liczby – w grach pojawiło się 89 postaci z 40 różnych serii i franczyz Nintendo. Statystyki sprzedażowe rosły praktycznie z każdą edycją, a najnowsza edycja na Switcha – Super Smash Bros. Ultimate sprzedał się w ponad 36 milionach kopii.

Swojego Smash Brosa nie otrzymała jeszcze najnowsza konsola od firmy z Kioto, czyli Switch 2. Dla fanów serii martwiące może być też, że nie ma jeszcze nawet żadnych plotek o szóstym tytule z serii. Światełkiem w tunelu może być jednak wydanie ulepszonego Super Mario Galaxy, które może budzić domysły o wydawaniu starych gier Nintendo na Switcha 2, co może oznaczać powrót pierwszego tytułu pod strzechy, już na nowym sprzęcie.
Football Manager 2005
Football Manager 2005
Stare ale jare - Football Manager 2005
Sports Interactive to studio, którego piłkarskim freakom przedstawiać nie trzeba. Jeszcze w poprzednim stuleciu wydawali gry związane z zarządzaniem klubem piłkarskim. Dość powiedzieć, że pierwszy Championship Manager wyszedł w 1992 roku i można go było ograć na Atari i Amidze. Ponad 30 lat później seria dalej żyje i jest otoczona wręcz kultem wśród jej fanów. Zmieniła się głównie jedna rzecz – nazwa.

W 2003 roku po premierze Championship Managera 03/04 Paur i Oliver Collyerowie, tworzący Sports Interactive rozstali się z wydajacym CM-a Eidos Interactive. Jak się później okazało – chodziło o kontrolę nad serią. Panowie ze Sports Interactive poszli do SEGI, która wzięła ich pod swoje skrzydła, a seria przeżyła pod znaną do dzisiaj nazwą – Football Manager.

Pierwszą odsłoną FM-a była ta oznaczona rokiem 2005, choć wyszła ona już w 2004 – ot, taki cykl wydawniczy gier piłkarskich. Twórcy zachowali kod źródłowy i bazę danych z poprzedniego tytułu, co pomogło w wydaniu tytułu pod nowym szyldem. Nie oznacza to jednak, że obyło się bez problemów. Poszło o to, o co z reguły chodzi przy grach piłkarskich, czyli o licencje. Z tego powodu, na przykład, kluby w lidze francuskiej nie miały pełnych nazw, tylko były opisane miastami w których się mieszczą, japońska J League została przemianowana na N-League, inaczej nazywały się również japońskie kluby, klubowe rozgrywki europejskie czy… Oliver Kahn, który w pierwszym FM-ie był Jensem Mustermannem.

Football Manager wykształcił sobie liczną, ale również, co chyba ważniejsze, lojalną bazę graczy. Dowody? Proszę bardzo. Scena moderska jest ogromna, w FM-ie można zrobić prawie wszystko, co związane z piłką nożną. Najdłuższe save-y doprowadzały symulacje na ponad 500 lat w przyszłość, co potwierdza Księga Rekordów Guinnessa. To te najbardziej spektakularne przykłady, a nie mówimy o tych bardziej codziennych – sam na przykład ze studiów znam człowieka, który na finał wirtualnego pucharu, do którego dotarł ze swoim zespołem, ubierał garnitur, aby poczuć się jak trener.

Od 20 lat Football Manager wiedzie prym w gatunku piłkarskich symulacji. Fanatycy serii w tym roku jednak musieli obyć się bez nowego tytułu – Sports Interactive szykuje istną rewolucję, której efekty mamy poznać przy premierze tytułu z numerem 26. Oczywiście moderzy wypełnili lukę odpowiednimi datapackami, które aktualizują FM-a 2024 na obecne sezony. Rzadko kiedy można mówić o takim monopolu, jak w tym przypadku, więc gracze poczekają – zwłaszcza, jeżeli ma to oznaczać wydanie dopracowanego tytułu.

Violent Storm
Violent Storm
Stare ale jare - Violent Storm
Jeśli miałbym wymienić grę arcade, na którą wydałem najwięcej pieniędzy w salonach gier w latach 90., to w górnej części zestawienia byłaby chodzona bijatyka Violent Storm, którą w 1993 roku stworzyło studio Konami. W Polsce może nie tak znana jak klasyki Final Fight czy Cadillacs and Dinosaurs, jednak można ją było spotkać w wielu miejscach z automatami.

Całość to oczywiście stały schemat - fabuła tylko po to by był jakiś cel, kilku bohaterów do wyboru i setki przeciwników do obicia. Tu mamy porwanie dziewczyny przez groźnego szefa gangu, którą przyjaciele postanawiają odbić. Wszystko po to, by gracz mógł iść ciągle w prawo i pokonywać kolejne liczne zastępy wrogów.

W Violent Storm dostępnych jest trzech bohaterów. Chyba najpopularniejszy i wszechstronny Wade, silny Borys i mający spory zasięg nogami Kyle. Co ciekawe, ten ostatni był najmniej popularnym wśród bywalców salonów gier. Znawcy tematu dostrzegą analogie do wspomnianego kultowego chodzonego mordobicia Final Fight. Różnili się wachlarzem ciosów, ale nie jakoś diametralnie.

Gra była bardzo ładnie wykonana, wrogowie byli różnorodni i trzeba było dobierać odpowiednią taktykę, były też pojedynki z bossami. Każdy pamięta walkę w klatce z Driggerem czy pierwszego naprawdę trudnego przeciwnika - przystojniaka Mr Juliusa. Cała reszta to legenda, bo grało się naprawdę przyjemnie i automat pożerał kolejne ciężko wybłagane od rodziców monety. Dzięki temu Violent Storm plasuje się w górnych zestawieniach wszystkich rankingów chodzonych bijatyk. Niestety aktualnie można zagrać w nią tylko na pecetowych emulatorach lub w wersjach przegladarkowych. Mimo to warto.

1234567