Radio SzczecinRadio Szczecin » Region

Fot. Jakub Żelepień [Radio Szczecin]
Fot. Jakub Żelepień [Radio Szczecin]
Fot. Jakub Żelepień [Radio Szczecin]
Fot. Jakub Żelepień [Radio Szczecin]
Fot. Jakub Żelepień [Radio Szczecin]
Fot. Jakub Żelepień [Radio Szczecin]
Fot. Jakub Żelepień [Radio Szczecin]
Fot. Jakub Żelepień [Radio Szczecin]
– Nie mogę ci sprzedać biletu na mecz.
– Juve merda sempre!
– Ooo, teraz mogę. Proszę bardzo!
Neapol, południe Włoch. Niegdyś bogate królestwo z szerokim dostępem do morza, dziś jeden z biedniejszych regionów Italii, do którego część mieszkańców tego pięknego kraju nawet nie chce się przyznawać. To brudasy, złodzieje i przygłupy - taką opinię o neapolitańczykach usłyszycie w Turynie, Mediolanie, Genui czy Wenecji.

Terrone

Upadek Królestwa Neapolu rozpoczął się wraz z ruchami dążącymi do zjednoczenia Italii. Jak to zwykle w polityce bywa, gdy jedna strona zyskuje, druga traci. W tym wypadku zyskiwała Północ, traciło Południe. Południe, które było gorzej uprzemysłowione, gorzej wykształcone i gorzej zarządzane. Ta niegospodarność doprowadziła do podporządkowania losów neapolitańczyków i całej Kampanii włodarzom z Północy, którzy narzucili na rodaków cztery razy wyższe podatki, pozbawili wielu miejsc pracy, przestali inwestować. Serce Włoch zostało przeniesione w górę, bliżej centrum Europy.

Po Italii zaczęły nawet krążyć żarty, że wszystko, co leży na południe od Rzymu, to już Afryka. Później posunięto się o krok dalej i zaczęto posługiwać określeniem terrone. Trudno je przetłumaczyć na polski, w każdym razie jest ono nacechowane bardzo negatywnie, niedopuszczalne w oficjalnym języku i krzywdzące dla mieszkańców Południa.

Podziały w społeczeństwie rosły. W XX wieku były już nie do zahamowania, a neapolitańczycy, chcąc podkreślić swoją samowystarczalność, zaczęli odchodzić od języka włoskiego na rzecz własnego dialektu. – Przestaliśmy się temu sprzeciwiać. Nie było sensu na siłę przekonywać wszystkich Włochów, że ten rodzaj dyskryminacji nie prowadzi do niczego dobrego. Swoją słabość przekuliśmy w siłę. Staliśmy się lokalnymi patriotami, zaczęliśmy mówić po neapolitańsku, obchodzić swoje święta. Italia, choć teoretycznie zjednoczona, znów była pełna podziałów - mówił mi mój neapolitański przyjaciel Simone.

Podczas gdy spacerowaliśmy urokliwymi uliczkami tego nadmorskiego miasta, poczułem, że chętnie napiłbym się czegoś zimnego. Powiedziałem więc Simone, żeby chwilę na mnie poczekał, a ja podskoczę do sklepu. I to właśnie tam znalazłem potwierdzenie jego słów. Zapytałem sprzedawcy, czy mówi po angielsku, a on przecząco pomachał głową. Nie poddałem się i zagaiłem po włosku: Solo italiano, si? Otóż nie. Sprzedawca wyjaśnił mi, że on nie mówi po włosku, tylko po neapolitańsku. Nie on jeden zresztą. Przed laty znakomita aktorka Sophia Loren powiedziała w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji następujące słowa: "Ja nie jestem Włoszką, ja jestem neapolitanką, a to coś zupełnie innego".

Diego Armando

Każde miasto ma swojego patrona. Neapol nie jest pod tym względem wyjątkowy, jego opiekunem jest święty January. Tyle tylko, że niewiele osób (nawet samych neapolitańczyków) się tym przejmuje. Dla nich bowiem najważniejszą, największą i najdoskonalszą postacią jest pewien Argentyńczyk. Diego Armando Maradona. Przybył do Neapolu w 1984 roku, spędził tam 7 lat, zdobył wraz z SSC Napoli 2 tytuły mistrza Włoch.

Kiedy wraz z Simone jechaliśmy z lotniska do domu, rozpocząłem rozmowę o Argentyńczyku. Nie odnosiłem się jednak do niego z czołobitnością, nawiązywałem raczej do jego narkotykowego nałogu i dziwnych zachowań podczas mundialu w Rosji w 2018 roku.

– Ja wiem, że Diego Armando nie jest nawet w połowie tak dobrym człowiekiem, jakim był piłkarzem. Masz w pełni rację. Nie radzi sobie po karierze, kokaina go zniszczyła. Ten gość nie wie dziś nawet, ile ma dzieci, stracił kontakt z rzeczywistością. Ale...
– Ale co?
– Nie zaczynaj tego tematu przy moim ojcu. Gdy był nastolatkiem, Maradona grał w Neapolu. Ojcu zdarzało się podawać piłki na meczach, był w niego wpatrzony. Nie zniesie jakichkolwiek złych słów pod adresem Diego. Dla własnego spokoju ogranicz się do wychwalania go za grę.

Nie pozostało mi więc nic innego, niż powiedzieć panu Francesco, że Diego Armando Maradona to grande giocatore. A ile mu tym sprawiłem radości!

Żeby była jasność - ojciec Simone wcale nie jest najbardziej szurniętym na punkcie piłkarza neapolitańczykiem, jakiego spotkałem. Trudno bowiem przebić gościa, który kilkadziesiąt lat temu całkowitym przypadkiem leciał tym samym samolotem, co Diego. Po zakończeniu podróży zorientował się, że na zagłówku został włos Argentyńczyka. Zabrał go więc, zapakował niczym najdroższy skarb i...już miał pomysł, jak go wykorzystać.

Bar Nilo

Jest w Neapolu pewien bar, do którego nie chodzi się ani na kawę, ani na herbatę, ani nawet na coś mocniejszego. To znaczy, chodzi się, ale tylko przy okazji. Dużo ważniejsze jest w nim bowiem to wszystko, co pokrywa ściany. Są więc koszulki, figurki piłkarzy, obrazy, pochwalne pieśni na temat SSC Napoli, a także ołtarzyk.

I choć mieszkańcy południowej części Włoch są niezwykle religijni, w tym wypadku nie jest to jednak ołtarzyk chrześcijański. Zamiast Jezusa, jest w nim...włos Diego Armando Maradony. Tak, tak, ten sam, który przed kilkudziesięcioma laty pewien sympatyczny neapolitańczyk zabrał z samolotu. Dziś każdy turysta przychodzi do Baru Nilo, aby na własnej skórze odczuć, co inicjały D.A.M oznaczają dla kibiców SSC. A przy okazji każdy zostawi euro czy dwa, bo żeby zbliżyć się do ołtarzyka, trzeba kupić przynajmniej wodę.

Takich mikrobiznesów związanych bezpośrednio z Maradoną albo SSC Napoli jest zresztą więcej. Co kilkaset metrów na ulicach rozstawiają się afrykańscy imigranci z bębnami i śpiewają niezwykle wpadające w ucho przyśpiewki kibicowskie. Wtedy przez całe miasto niesie się "Un giorno all'improvviso mi innamorai di te, Il cuore mi batteva, non chiedermi il perché, Il tempo che è passato, ma sono ancora qua ed oggi come allora difendo la città”.

A teraz po polsku: Pewnego dnia tak niespodziewanie zakochałem się w tobie. Moje serce bije do ciebie, nie pytaj mnie, dlaczego tak jest. Choć minęło już tak dużo czasu, ja wciąż tutaj jestem i dziś, tak jak zawsze, będę bronił tego miasta.

Piękne, nieprawdaż? A kiedy śpiewa to kilkadziesiąt obcych sobie ludzi, po ciele przechodzą ciarki. Na pytanie, dlaczego neapolitańczycy są tak szaleni, dostałem od Simone bardzo konkretną odpowiedź: Nie możemy się zbytnio przejmować. Nie wiemy, który dzień będzie naszym ostatnim. Żyjemy u stóp Wezuwiusza, który w każdej chwili może wybuchnąć i zmieść nas z powierzchni Ziemi. A jeśli akurat będziemy mieli farta i wulkan się nie obudzi, to pozostaje jeszcze mafia, która trzyma za mordę całe miasto. Żyjemy chwilą!

W jednej wypowiedzi Simone zawarł dwa wątki, o których można by rozprawiać całymi dniami i nocami. Po kolei zatem.

Mafia i wulkan

Każdy wie, że są. Ale nikt nie mówi głośno. Bo jeszcze ktoś usłyszy i będzie nieszczęście. Mafia to dla neapolitańczyków trudny temat, którego lepiej nie poruszać w miejscach publicznych. Dlatego ja poruszyłem go dopiero w domu. I usłyszałem to: Oni są tu w zasadzie od zawsze. Mogą wszystko. Kiedy miasto nie chciało im sprzedać atrakcyjnych terenów nadmorskich, to pojechali pod Wezuwiusz i wycięli cały las, który w razie erupcji miałby spowolnić lawę. W latach 90. podrzucili za to ówczesnemu prezesowi SSC Napoli bombę do ogródka, bo nie podobała im się jego polityka prowadzenia klubu. Tak, na klub też wpływają. Tajemnicą poliszynela jest, że to mafia sfinansowała transfer Diego Armando Maradony, żeby dać neapolitańczykom trochę szczęścia i w spokoju zająć się swoimi sprawami. Dziś ich głównym polem działania jest wywóz śmieci. A właściwy brak wywozu. Kontrolują odpady w mieście, są w stanie wymusić absolutnie wszystko. To właśnie dlatego jest u nas tak brudno.

Mafia śmieciowa. Brzmi to mało poważnie, ale wystarczy się chwilę zastanowić, żeby zrozumieć, jaką władzę ma ktoś, kto może sobie tak po prostu przestać sprzątać miasto. Zwłaszcza że neapolitańczycy z natury nie są społecznością, która dba o porządek. Zauważyli to kibice drużyn z północnej części Włoch i kiedy tylko ich ulubieńcy mierzą się z SSC Napoli, głośno wyrażają swoje zdanie o higienie Południowców. "Niech ten Wezuwiusz w końcu wybuchnie i obmyje was z tego gówna”. Nieco mniej urocza przyśpiewka niż "Un giorno all'improvviso”...

Zwłaszcza że według obliczeń naukowców, Wezuwiusz faktycznie powinien wybuchnąć. A wtedy przestanie być tak wesoło. Historię Pompejów chyba wszyscy jako tako znają.

Juve merda!

Gospodarczo – bez szans.
Kulturalnie – bez szans.
Ekonomicznie – bez szans.

Jak więc choć raz pokazać wyższość nad Północą? Pozostaje jedynie sport. A konkretnie: piłka nożna, którą neapolitańczycy kochają. Futbol to ich religia, a Diego Armando Maradona to prorok. Nie ma w tym cienia przesady. Meczami SSC Napoli żyje całe miasto. Kiedy w kwietniu 2018 roku drużyna z Neapolu pokonała znienawidzony Juventus Turyn na wyjeździe, na piłkarzy o 3 rano czekały tysiące ludzi. Niebo rozświetliły fajerwerki, na ulicach pojawiły się race i transparenty, wszyscy śpiewali i tańczyli. Było tak głośno i gęsto, że neapolitańskie sejsmografy zanotowały delikatne przemieszczenie skorupy ziemskiej.

A to wszystko w nocy z niedzieli na poniedziałek. Na drugi dzień zdecydowana większość firm nie pracowała. W końcu wygrana z Juventusem nie zdarza się codziennie.

Sam nie miałem jeszcze okazji uczestniczyć w spotkaniu z odwiecznym rywalem. Byłem natomiast na meczu ze SPAL Ferrara. Dzień przed starciem, pojechaliśmy z Simone kupić bilety. Weszliśmy do jednego z punktów sprzedaży i poprosiliśmy o wejściówki. Starszy (na oko około 65 lat) pan spojrzał na mnie podejrzliwie i powiedział:
– Nie mogę ci sprzedać biletu na mecz.
– Juve merda sempre!
– Ooo, teraz mogę. Proszę bardzo!
Nietypowy dialog? Normalka w Neapolu. Sprzedawca podejrzewał mnie o kibicowanie Juventusowi (skąd taki pomysł? Nie mam pojęcia) i odmówił sprzedania biletu. Na całe szczęście wiedziałem, jak zareagować. Juve merda sempre to okrzyk kibiców SSC Napoli, który znaczy tyle, co Juventus zawsze będzie gównem i otwiera pod Wezuwiuszem niejedne drzwi.

Lata spędzone w cieniu bogatej Północy wzmogły w neapolitańczykach ogromną nienawiść do klubów z Lombardii, Ligurii czy Piemontu. Największym wrogiem pozostaje turyński Juventus, ponieważ znajdująca się w tym mieście fabryka Fiata wciągnęła do siebie niemal wszystkich wykształconych Południowców. – Nie zostało tutaj zbyt wiele ludzi zaliczanych do inteligencji. Fiat naobiecywał cudów i większość mądrych ludzi się skusiła. Pojechali do Turynu i już tam zostali. No i tutaj jest, jak jest - powiedział mi Simone, gdy siedzieliśmy na parkingu pod sklepem, w którym kupiliśmy bilety.

Mąż Opatrznościowy Neapolu

Sportowców można lubić, szanować, podziwiać. To naturalna reakcja na osobę, która jest w czymś dobra i przynosi dumę swojemu krajowi czy miastu. Ale w Neapolu samo lubienie, szanowanie czy podziwianie nie wystarczy. Oj, nie. Tutaj piłkarzy albo się ubóstwia, albo nienawidzi. Nie ma półśrodków.

To, że Diego Armando Maradona jest obiektem kultu, już ustaliliśmy. Obecni gracze SSC też jednak spokojnie ulicami Neapolu nie przejdą. Są bowiem wysłannikami tej ziemi, jej reprezentantami, źródłem zbiorowej halucynacji. Kiedy jeden z nich strzeli gola w samej końcówce spotkania, zapewniając drużynie zwycięstwo, neapolitańskie gazety nie nazwą go bohaterem albo mistrzem. Nie, nie, nie, to zbyt oklepane. Tam zostanie on obdarzony mianem Męża Opatrznościowego Neapolu.

W tym mieście nie ma nic ważniejszego od piłki nożnej. Każdy mecz jest rozbierany na czynniki pierwsze, dyskutuje się o nim aż do momentu rozpoczęcia kolejnego spotkania. Kiedy po starciu SSC Napoli ze SPAL Ferrara (wygranego 1:0 przez neapolitańczyków) wróciliśmy z Simone do jego wielopokoleniowego domu, jego 90-letnia babcia natychmiast powiedziała nam, jak bardzo cieszy się ze zwycięstwa. Kobieta siedziała na wózku inwalidzkim, w uszach miała aparaty słuchowe, na oczach okulary, ale cały czas była na bieżąco z wynikami drużyny.

Miłość do zawodników może się jednak bardzo szybko skończyć. Wystarczy jeden fałszywy ruch. A ten fałszywy ruch nazywa się transfer do Juventusu. Ostatnim, który zdecydował się na taki krok, był argentyński napastnik Gonzalo Higuain. Koszulki z jego nazwiskiem natychmiast trafiły do muszli klozetowych, rozpoczęto produkcję papieru toaletowego z jego wizerunkiem, wyzywano od judaszy i oszustów. Kiedy wraz z Juventusem przyjeżdżał do Neapolu, przed stadionem SSC sprzedawane były gwizdki, w które kibice mieli dmuchać z całej siły, kiedy tylko Higuain dotykał piłki.

***

To miasto nie jest dla wszystkich. Trzeba być gotowym na wizytę w innym świecie. To nie jest piękny Wiedeń, liberalny Amsterdam czy przepełniony biznesmenami Londyn. To jest po prostu Neapol. Miasto, w którym lepiej nie wyciągać telefonu na ulicy, w którym kilkukrotnie proponowano mi przeróżne narkotyki, w którym na jednoosobowym skuterze jeździ się w czwórkę, w którym policja nie wchodzi do niektórych dzielnic, bo zwyczajnie boi się o własne życie, w którym mafia trzyma w garści wszystkich polityków, w którym codziennie widać złowrogo dymiącego się Wezuwiusza, w którym po zwycięstwie klubu piłkarskiego nie chodzi się do pracy (po porażkach zresztą też).

Ale to też miasto życzliwych ludzi, futbolowych fanatyków i najpyszniejszej na świecie pizzy. Najbardziej znany kucharz, Sorbillo, to lokalny celebryta, który pojawia się w telewizji, radiu i prasie tylko dlatego, że przyrządza najpyszniejszy okrągły placek w mieście.

Neapolu trzeba spróbować na własnej skórze. Albo się w nim zakocha, albo go znienawidzi i nigdy więcej nie wróci. To miasto nie uznaje bowiem półśrodków. I ja je za to kocham! Tak jak kochał je Diego Armando Maradona.

Najnowsze Szczecin Region Polska i świat Sport Kultura Biznes

12345

radioszczecin.tv

Najnowsze podcasty